szukaj
Witold Mieczysław Bartnicki
w czasie powstania
pseudonim
rocznik
„Wiktor”, „Kadłubek”
1925
stopień
powstańczy biogram
data wywiadu
sierżant, podchorąży
2005-03-04
funkcja
ładowniczyformacja
Batalion „Zośka”dzielnica
Wola, Stare Miasto
Urodziłem się w Warszawie w lutym 1925 roku. Tu chodziłem do szkoły i tu zastała mnie wojna, aczkolwiek niezupełnie, ponieważ byłem na wakacjach pod Warszawą.
Zaczynałem Powstanie w plutonie „Felek”, kompania „Rudy” Batalionu „Zośka”, a od 2 sierpnia byłem w plutonie pancernym Batalionu „Zośka” utworzonym na bazie dwóch zdobytych czołgów typu „Pantera”.
Nosiłem pseudonim „Wiktor” i tak mam we wszystkich konspiracyjnych dokumentach, ale przezywany byłem „Kadłubkiem” albo „Generałem”.
Wychowywałem się w Warszawie. Miałem dwóch stryjków, bo ojciec miał troje rodzeństwa: siostrę i dwóch braci. Bracia mojego ojca byli bezdzietni, tylko ja miałem brata sześć lat młodszego. Losy mojej rodziny były bardzo różne. Mój ojciec za działalność w czasach caratu został aresztowany. Przebywał w Cytadeli, stamtąd był skazany na zesłanie, ale zdążył uciec z Nowogródka. Oczywiście ucieczka z głębi Rosji byłaby niemożliwa, a z Nowogródka jeszcze zdążył uciec. Nie wiem jakimi drogami i kto ułatwiał ojcu ucieczkę, ale przez Niemcy i Francję statkiem wypłynął do Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywał aż do 1923 roku. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wrócił do Polski.
Inne losy były dwóch jego braci. Starszy z braci – Stanisław był w armii rosyjskiej. Wylosował służbę w wojsku rosyjskim. Jak wiadomo ta służba trwała piętnaście czy osiemnaście lat. Służył w jakimś gwardyjskim pułku rosyjskim, gdzie właściwie służyli sami Polacy. Jak wyjaśniał, dowództwo, a w każdym razie rząd rosyjski, uważali, że wybitne jednostki wojskowe muszą składać się z Polaków, Rosjan uważając za materiał żołnierski pośledniejszego gatunku. W każdym razie w tym pułku byli sami Polacy. Brał udział w wielkich bitwach na terenie Prus Wschodnich. Dostał się do niewoli wraz z całą armią rosyjską, tą która została otoczona w Prusach Wschodnich. Znana sprawa z okresu I wojny światowej. Jako rosyjski jeniec wojenny trafił do pruskiego gospodarstwa do pracy. Byli to Polacy. Tak się składały losy, że Polak z rosyjskiego wojska był w pruskim gospodarstwie Polaków. A najmłodszy z braci Roman był w wojsku w 1920 roku w bardzo specjalnych służbach. Nie jestem teraz w stanie przedstawić, bo mieszkanie mi się spaliło, właściwie Niemcy spalili w listopadzie czy grudniu po Powstaniu. Mieszkałem przy ulicy Złotej 49, dokładnie w tym miejscu, gdzie dziś stoją tak zwane Złote Tarasy. W samym środku Złotych Tarasów. Ten dom został przez Niemców spalony… Powstanie przetrwał. W listopadzie lub grudniu, ponieważ Niemcy rabowali te domy, wszystko co było wartościowe, jak wyczyścili dom to go potem palili. I taki los spotkał również moje mieszkanie.
Jak przyjechał do Warszawy, to początkowo zajmował się różnymi lokatami pieniężnymi i tak dalej. Potem pracował w zarządzie miejskim. Konsekwencją tego było to, że ja byłem uczniem 3. miejskiego gimnazjum, a potem działającej przy nim 80. Warszawskiej Drużyny Harcerzy, a potem w konsekwencji tego, harcerzem „Szarych Szeregów” i żołnierzem „Kedywu” komendy głównej Batalionu „Zośka”. Najmłodszy z braci był w bardzo specjalnych służbach, bo odkryłem po jego śmierci legitymację, którą miał, była dosyć dużego formatu, brązowa, gdzie miał wolny przejazd pociągami pierwszej klasy i tak dalej. Ale były dopiski na tym i ciekawe, że ważne [przejazdy] na pociągi ekspresowe i na jazdę pociągami towarowymi i na jazdę na parowozach.
Z tego jeszcze pamiętam, że już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości bardzo się pilnował, bo jak wiadomo bolszewicy mieli bardzo długie ręce. Potrafili dosięgnąć ludzi, na których chcieli się zemścić, w Meksyku, w Ameryce i wszędzie. Więc wiem, że bardzo się pilnował i jakoś z tego wszystkiego ocalał. [...]
Zaraz po wojnie, kiedy było strasznie w Polsce, ponieważ [Polska] była w okresie organizacji, przez Polskę przewaliły się tłumy różnych wojsk, z których większość została. Została cała armia Petlury, zostały całe jednostki „białych” Rosjan, które tutaj uciekły, sporo różnych mniejszości narodowych. Był naczelnikiem więzienia mokotowskiego, tego przy Rakowieckiej. Swego czasu widziałem całe zbiory zdjęć z tamtego okresu, przerażających zdjęć. Ale Polska uporała się z tym problemem. Nie było takiego problemu jaki jest dzisiaj z przestępczością.
Byłem na wakacjach w miejscowości Jeziorka (to jakieś 10 kilometrów od Grójca) nad rzeczką o nazwie Jeziorka czy Jeziorna. Tam mnie zastał wybuch wojny. Ale tą wojnę widziałem od razu, od 2 czy 3 września. Widziałem z bliska. W jaki sposób? Otóż zostały strącone dwa olbrzymie niemieckie samoloty w pobliżu wsi, w której byłem, koło majątku, w którym mieszkałem. Oba były Heinkle 111, potężne. Widziałem te samoloty, spadające. Wiedziałem, że spadną. Śledziłem drogę tego spadającego samolotu, który się rozbił, olbrzymi. Olbrzymia chmura dymu, ogień. Byliśmy z kolegą prawie pierwszymi przy tym samolocie, ale nie dali nam dojść, bo była grupa wieśniaków z kłonicami i widłami. Lotnicy niemieccy zapisali się jako zbrodniarze ludności wiejskiej i strzelali do wszystkiego co się da. Mordowali pastucha, zastrzelili krowę, albo zastrzelili kobitę, która poszła ukopać parę ziemniaków, jeżeli tylko dorwali ją na polu. [Wieśniacy] uważali ich za zwyczajnych bandytów. Oczywiście ci wszyscy [Niemcy wcześniej] zginęli, ale gdyby dorwali ich ci chłopi, pewnie by się im dostało. Ale dojechali łazikiem nasi żołnierze baterii przeciwlotniczej, która ich zestrzeliła. Faktem jest, że zaraz przy dopalającym się samolocie doszliśmy do nich i widzieliśmy, że wszyscy [Niemcy] są spaleni, część wyleciała z samolotu, a jeden czy dwóch zostało w środku. Spaleni byli na węgiel. Drugi samolot spadł niedaleko tej wsi, ale w pewnej odległości od nas. Zaliczyliśmy te dwa Heinkle zaliczyliśmy. A za dwa czy trzy dni również lądował przymusowo polski samolot. Koło siebie leżały dwa niemieckie Heinkle i polski samolot, który „skapitulował” przymusowym lądowaniem i już nie mógł wystartować.
Byłem z bratem i z matką. Ojciec był w Warszawie.
Najpierw ja przyszedłem. To znaczy, to były pierwsze dni września, może zaraz po zajęciu Warszawy przez Niemców. Niemcy zajęli Warszawę, zdaje się 1 czy 2 października wkroczyli, a 3 czy 4 października wyruszyłem pieszo przez Grójec i Tarczyn do Warszawy. Szedłem do Warszawy. Doszedłem popołudniu, bo szedłem pieszo drogami do Warszawy, to widziałem na własne oczy całą tą wojnę. Widziałem po drodze spalone wsie, sterczały tylko kominy, bo to się nie spaliło, całe chałupy były przecież drewniane. [Widziałem] szosy zasłane samochodami, olbrzymie pobojowisko w rejonie dzisiejszego Okęcia i Ochoty. Setki niemieckich czołgów, samochodów, wszystkiego. To unaoczniło mi ogrom klęski niemieckiej pod Warszawą. Oni w końcu weszli do Warszawy, bo nie można było utrzymać milionowego miasta z dziećmi, kobietami, bez dowozu, bez niczego. Więc to było wymuszone, to wkroczenie Niemców, natomiast to co widziałem na obrzeżach Warszawy, to była totalna klęska, to było złomowisko pojazdów, samochodów i czołgów.
Już nie żył. Dowiedziałem się, że ojciec nie żyje. Uczestniczyłem tylko w pogrzebie ojca. Zostałem potem i tą przykrą wiadomość musiałem zanieść matce. Zostaliśmy sami, to znaczy ja, matka i mój młodszy o 6 lat brat. Muszę powiedzieć, [że] pierwsze tygodnie, miesiące [były] bardzo ciężkie. Bo wtedy była bardzo ciężka zima, trudno było ogrzać mieszkania. Mieliśmy trochę zapasów finansowych.
Mieszkaliśmy i z bratem. Mieliśmy trochę zasobów finansowych, które ojciec zostawił, a które jeszcze były po jego powrocie ze Stanów Zjednoczonych, ale potem musieliśmy… matka musiała myśleć o jakiejś formie zarobkowania. Mieliśmy kiosk z papierosami. Zezwolenie handlowe, licencja na to, co nie było papierosami czy wyrobami tytoniowymi, tylko na handel galanterią tytoniową – to było wszystko co jest do palenia za wyjątkiem tytoniu i papierosów, wszystko co zawiera tytoń. Kiosk był w tym miejscu, gdzie dziś jest Rotunda, PKO, mniej więcej przy Alejach Jerozolimskich, niedaleko Marszałkowskiej. Takie było [nasze] źródło dochodu do czasu.
To jednak się skończyło. Tych kiosków było wiele. Ja znałem jeszcze drugi kiosk na placu Napoleona, wtedy tak się mówiło, dzisiaj plac Powstańców Warszawy. Tam [był] kiosk, młoda kobieta, ja wiem dwudziestojednoletnia, dwudziestodwuletnia, świeża mężatka, męża aresztowali. Tak samo jak moją matkę. Ale wtedy była duża solidarność, bo matka jakiemuś tramwajarzowi dała płaszcz, żeby [nam] oddał, żeby przyniósł do domu jakby ją Niemcy aresztowali. A w płaszczu za podszewką było bardzo dużo papierosów. On to przyniósł, przyniósł te papierosy i płaszcz oddał. I wtedy wiedziałem, że matka jest aresztowana.
Zaczynałem Powstanie w plutonie „Felek”, kompania „Rudy” Batalionu „Zośka”, a od 2 sierpnia byłem w plutonie pancernym Batalionu „Zośka” utworzonym na bazie dwóch zdobytych czołgów typu „Pantera”.
Nosiłem pseudonim „Wiktor” i tak mam we wszystkich konspiracyjnych dokumentach, ale przezywany byłem „Kadłubkiem” albo „Generałem”.
- Proszę nam opowiedzieć o swojej rodzinie, z jakich stron pan pochodził, czy wychowywał się pan w Warszawie, czy miał pan rodzeństwo?
Wychowywałem się w Warszawie. Miałem dwóch stryjków, bo ojciec miał troje rodzeństwa: siostrę i dwóch braci. Bracia mojego ojca byli bezdzietni, tylko ja miałem brata sześć lat młodszego. Losy mojej rodziny były bardzo różne. Mój ojciec za działalność w czasach caratu został aresztowany. Przebywał w Cytadeli, stamtąd był skazany na zesłanie, ale zdążył uciec z Nowogródka. Oczywiście ucieczka z głębi Rosji byłaby niemożliwa, a z Nowogródka jeszcze zdążył uciec. Nie wiem jakimi drogami i kto ułatwiał ojcu ucieczkę, ale przez Niemcy i Francję statkiem wypłynął do Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywał aż do 1923 roku. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości wrócił do Polski.
Inne losy były dwóch jego braci. Starszy z braci – Stanisław był w armii rosyjskiej. Wylosował służbę w wojsku rosyjskim. Jak wiadomo ta służba trwała piętnaście czy osiemnaście lat. Służył w jakimś gwardyjskim pułku rosyjskim, gdzie właściwie służyli sami Polacy. Jak wyjaśniał, dowództwo, a w każdym razie rząd rosyjski, uważali, że wybitne jednostki wojskowe muszą składać się z Polaków, Rosjan uważając za materiał żołnierski pośledniejszego gatunku. W każdym razie w tym pułku byli sami Polacy. Brał udział w wielkich bitwach na terenie Prus Wschodnich. Dostał się do niewoli wraz z całą armią rosyjską, tą która została otoczona w Prusach Wschodnich. Znana sprawa z okresu I wojny światowej. Jako rosyjski jeniec wojenny trafił do pruskiego gospodarstwa do pracy. Byli to Polacy. Tak się składały losy, że Polak z rosyjskiego wojska był w pruskim gospodarstwie Polaków. A najmłodszy z braci Roman był w wojsku w 1920 roku w bardzo specjalnych służbach. Nie jestem teraz w stanie przedstawić, bo mieszkanie mi się spaliło, właściwie Niemcy spalili w listopadzie czy grudniu po Powstaniu. Mieszkałem przy ulicy Złotej 49, dokładnie w tym miejscu, gdzie dziś stoją tak zwane Złote Tarasy. W samym środku Złotych Tarasów. Ten dom został przez Niemców spalony… Powstanie przetrwał. W listopadzie lub grudniu, ponieważ Niemcy rabowali te domy, wszystko co było wartościowe, jak wyczyścili dom to go potem palili. I taki los spotkał również moje mieszkanie.
- Proszę powiedzieć, czym ojciec zajmował się w Warszawie, jak przyjechał do Warszawy?
Jak przyjechał do Warszawy, to początkowo zajmował się różnymi lokatami pieniężnymi i tak dalej. Potem pracował w zarządzie miejskim. Konsekwencją tego było to, że ja byłem uczniem 3. miejskiego gimnazjum, a potem działającej przy nim 80. Warszawskiej Drużyny Harcerzy, a potem w konsekwencji tego, harcerzem „Szarych Szeregów” i żołnierzem „Kedywu” komendy głównej Batalionu „Zośka”. Najmłodszy z braci był w bardzo specjalnych służbach, bo odkryłem po jego śmierci legitymację, którą miał, była dosyć dużego formatu, brązowa, gdzie miał wolny przejazd pociągami pierwszej klasy i tak dalej. Ale były dopiski na tym i ciekawe, że ważne [przejazdy] na pociągi ekspresowe i na jazdę pociągami towarowymi i na jazdę na parowozach.
Z tego jeszcze pamiętam, że już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości bardzo się pilnował, bo jak wiadomo bolszewicy mieli bardzo długie ręce. Potrafili dosięgnąć ludzi, na których chcieli się zemścić, w Meksyku, w Ameryce i wszędzie. Więc wiem, że bardzo się pilnował i jakoś z tego wszystkiego ocalał. [...]
Zaraz po wojnie, kiedy było strasznie w Polsce, ponieważ [Polska] była w okresie organizacji, przez Polskę przewaliły się tłumy różnych wojsk, z których większość została. Została cała armia Petlury, zostały całe jednostki „białych” Rosjan, które tutaj uciekły, sporo różnych mniejszości narodowych. Był naczelnikiem więzienia mokotowskiego, tego przy Rakowieckiej. Swego czasu widziałem całe zbiory zdjęć z tamtego okresu, przerażających zdjęć. Ale Polska uporała się z tym problemem. Nie było takiego problemu jaki jest dzisiaj z przestępczością.
- Jak pan zapamiętał wrzesień 1939 roku? Wspominał pan, że był pan na wakacjach. Gdzie zastał pana wybuch wojny?
Byłem na wakacjach w miejscowości Jeziorka (to jakieś 10 kilometrów od Grójca) nad rzeczką o nazwie Jeziorka czy Jeziorna. Tam mnie zastał wybuch wojny. Ale tą wojnę widziałem od razu, od 2 czy 3 września. Widziałem z bliska. W jaki sposób? Otóż zostały strącone dwa olbrzymie niemieckie samoloty w pobliżu wsi, w której byłem, koło majątku, w którym mieszkałem. Oba były Heinkle 111, potężne. Widziałem te samoloty, spadające. Wiedziałem, że spadną. Śledziłem drogę tego spadającego samolotu, który się rozbił, olbrzymi. Olbrzymia chmura dymu, ogień. Byliśmy z kolegą prawie pierwszymi przy tym samolocie, ale nie dali nam dojść, bo była grupa wieśniaków z kłonicami i widłami. Lotnicy niemieccy zapisali się jako zbrodniarze ludności wiejskiej i strzelali do wszystkiego co się da. Mordowali pastucha, zastrzelili krowę, albo zastrzelili kobitę, która poszła ukopać parę ziemniaków, jeżeli tylko dorwali ją na polu. [Wieśniacy] uważali ich za zwyczajnych bandytów. Oczywiście ci wszyscy [Niemcy wcześniej] zginęli, ale gdyby dorwali ich ci chłopi, pewnie by się im dostało. Ale dojechali łazikiem nasi żołnierze baterii przeciwlotniczej, która ich zestrzeliła. Faktem jest, że zaraz przy dopalającym się samolocie doszliśmy do nich i widzieliśmy, że wszyscy [Niemcy] są spaleni, część wyleciała z samolotu, a jeden czy dwóch zostało w środku. Spaleni byli na węgiel. Drugi samolot spadł niedaleko tej wsi, ale w pewnej odległości od nas. Zaliczyliśmy te dwa Heinkle zaliczyliśmy. A za dwa czy trzy dni również lądował przymusowo polski samolot. Koło siebie leżały dwa niemieckie Heinkle i polski samolot, który „skapitulował” przymusowym lądowaniem i już nie mógł wystartować.
- Czy był tam pan razem ze swoimi rodzicami i bratem?
Byłem z bratem i z matką. Ojciec był w Warszawie.
- Czy pańska rodzina wróciła do Warszawy później czy zostali?
Najpierw ja przyszedłem. To znaczy, to były pierwsze dni września, może zaraz po zajęciu Warszawy przez Niemców. Niemcy zajęli Warszawę, zdaje się 1 czy 2 października wkroczyli, a 3 czy 4 października wyruszyłem pieszo przez Grójec i Tarczyn do Warszawy. Szedłem do Warszawy. Doszedłem popołudniu, bo szedłem pieszo drogami do Warszawy, to widziałem na własne oczy całą tą wojnę. Widziałem po drodze spalone wsie, sterczały tylko kominy, bo to się nie spaliło, całe chałupy były przecież drewniane. [Widziałem] szosy zasłane samochodami, olbrzymie pobojowisko w rejonie dzisiejszego Okęcia i Ochoty. Setki niemieckich czołgów, samochodów, wszystkiego. To unaoczniło mi ogrom klęski niemieckiej pod Warszawą. Oni w końcu weszli do Warszawy, bo nie można było utrzymać milionowego miasta z dziećmi, kobietami, bez dowozu, bez niczego. Więc to było wymuszone, to wkroczenie Niemców, natomiast to co widziałem na obrzeżach Warszawy, to była totalna klęska, to było złomowisko pojazdów, samochodów i czołgów.
- Czy pan odnalazł ojca w Warszawie?
Już nie żył. Dowiedziałem się, że ojciec nie żyje. Uczestniczyłem tylko w pogrzebie ojca. Zostałem potem i tą przykrą wiadomość musiałem zanieść matce. Zostaliśmy sami, to znaczy ja, matka i mój młodszy o 6 lat brat. Muszę powiedzieć, [że] pierwsze tygodnie, miesiące [były] bardzo ciężkie. Bo wtedy była bardzo ciężka zima, trudno było ogrzać mieszkania. Mieliśmy trochę zapasów finansowych.
- Ale przecież mieszkali państwo w Warszawie z matką.
Mieszkaliśmy i z bratem. Mieliśmy trochę zasobów finansowych, które ojciec zostawił, a które jeszcze były po jego powrocie ze Stanów Zjednoczonych, ale potem musieliśmy… matka musiała myśleć o jakiejś formie zarobkowania. Mieliśmy kiosk z papierosami. Zezwolenie handlowe, licencja na to, co nie było papierosami czy wyrobami tytoniowymi, tylko na handel galanterią tytoniową – to było wszystko co jest do palenia za wyjątkiem tytoniu i papierosów, wszystko co zawiera tytoń. Kiosk był w tym miejscu, gdzie dziś jest Rotunda, PKO, mniej więcej przy Alejach Jerozolimskich, niedaleko Marszałkowskiej. Takie było [nasze] źródło dochodu do czasu.
- W pewnym momencie to jednak się skończyło.
To jednak się skończyło. Tych kiosków było wiele. Ja znałem jeszcze drugi kiosk na placu Napoleona, wtedy tak się mówiło, dzisiaj plac Powstańców Warszawy. Tam [był] kiosk, młoda kobieta, ja wiem dwudziestojednoletnia, dwudziestodwuletnia, świeża mężatka, męża aresztowali. Tak samo jak moją matkę. Ale wtedy była duża solidarność, bo matka jakiemuś tramwajarzowi dała płaszcz, żeby [nam] oddał, żeby przyniósł do domu jakby ją Niemcy aresztowali. A w płaszczu za podszewką było bardzo dużo papierosów. On to przyniósł, przyniósł te papierosy i płaszcz oddał. I wtedy wiedziałem, że matka jest aresztowana.

