Maria Urbas „Bronka”

Archiwum Historii Mówionej

Nazywam się Maria Urbas, urodziłam się 6 czerwca 1921 roku w Warszawie. W tym mieszkaniu, nawiasem mówiąc.

  • Zaczniemy od wybuchu drugiej wojny światowej. Proszę powiedzieć, jak pani to pamięta?

Wojna zastała mnie tutaj w domu. Po kilku dniach od wybuchu wojny zapisałam się z koleżanką, z sąsiadką [Marią Gogół], do pogotowia, zgłosiłam się właściwie do Pogotowia [Harcerskiego]. Tam działałam, powiedzmy, jako sanitariuszka. Urządzałyśmy szpital na ulicy Konopnickiej i chodziłyśmy z patrolami [sanitarnymi]. Na kilka dni przed końcem [działań wojennych we wrześniu 1939 roku] dostałam rozkaz przerywający po prostu tą działalność. Nie wiem z jakich powodów, nie pamiętam już. W ten sposób zaczęła się dla mnie druga wojna światowa.

  • A proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.

Miałam pięciu braci. Jeden był w wojsku. Najstarszy z braci był zawodowym wojskowym, więc wiadomo, że jak wybuchła wojna, to brał ze swoim oddziałem, nie wiem, jak to tam nazwać, w każdym bądź razie brał udział. Drugi z braci był powołany, też brał udział w wojnie, a reszta, to znaczy trzech… Nie, jeden był poza Warszawą…

  • A co robili pani rodzice?

Moi rodzice. Tata był butologiem, czyli mówiąc zwyczajnie – szewcem. Mama była krawcową. Pracowali, uczciwie żyli. Co można powiedzieć o nich?

  • Dobrze, co się działo później, po tym jak pani…

Jak skończyły się działania wojenne, to wiadomo było, każdy szukał jakiejś pracy. Miałam osiemnaście lat, więc też musiałam jakąś pracę znaleźć. Początkowo wcale nie było łatwo, bo był głód, ludzie chodzili poza Warszawę zdobyć coś na polach, [na których] tam jeszcze jakieś niedobitki zostały, kartofle niewykopane, jakieś [niewyrośnięte główki kapusty]. Poszłam z sąsiadką, już nie pamiętam gdzie, w każdym bądź razie poza Warszawę. Znalazłyśmy nieduże główki kapusty i tą kapustę jako całą zdobycz przyniosłyśmy w plecakach. Ciężko było w pierwszych dniach, bo przecież i handlu nie było tak od razu i pieniędzy nie było, wszystko było drogie, ale powoli się normowało wszystko.
W grudniu zaczęłam pracować w firmie. Na Nowym Świecie był duży sklep z odzieżą, z konfekcją męską, i przy tym sklepie był warsztat krawiecki i tam zaczęłam pracować jako uczennica, powiedzmy. Pracowałam przez rok. Potem tą firmę przejęli Niemcy. Przez parę miesięcy nie miałam pracy. Zanim znalazłam pracę, to trochę się obijałam, trochę na szmugiel chodziłam. Ale to [było ryzyko]… Do trzech razy sztuka, jak mówią.

  • A gdzie pani chodziła?

Gdzieś w okolice Nowego Dworu. To już było poza granicami, trzeba było przekroczyć granicę między Generalną Gubernią a terenami wcielonymi do Rzeszy. Chodziłam ze swoją bratową, ona mnie tam prowadziła, bo po prostu znała te drogi i z tego żyła, nawiasem mówiąc. Ale trzeci raz jak poszłyśmy, to na dworcu w Chotomowie, bo to była stacja, z której wysiadałyśmy i szłyśmy lasami, polami, ścieżkami, to już ona mnie prowadziła, [gdy wracałyśmy z folwarku], to na dworcu cała masa szmuglerzy, jak się wtedy mówiło, była otoczona przez Niemców. Tak że o tym, żeby się wydostać, to trochę raczej było trudno. Ale my na szczęście stałyśmy na peronie i [blisko ostatniego wagonu pociągu, stojącego na peronie], którym właśnie miałyśmy jechać, wracać do Warszawy. Co myśmy szmuglowały? Przede wszystkim mąkę, którą od razu pod warszawskim dworcem [Gdańskim], jak się wysiadało, to odbierali młodzi ludzie, kupcy, i przerzucali ją do getta. Ale to już były ich sprawy. A dla nas zostawał chleb i kostka miodu sztucznego, to był cały nasz dochód z tego. Bratowej udało się, ponieważ miała dowód i w dowodzie był zapisany dzieciak, więc ją Niemcy puścili, a ja zostałam na peronie. Przede mną stał Niemiec, kilka osób tam jeszcze stało. Jak pociąg ruszył, to po prostu wyrwałam się i podbiegłam i wskoczyłam do niego. W ten sposób uratowałam się przed obozem koncentracyjnym, bo tak jak były słuchy, to całe to towarzystwo zatrzymane na dworcu wylądowało w Treblince. To był obóz, który potem, nie wiem dlaczego, nazwali, że tam Żydzi byli. Tam nie tylko Żydzi byli, bo najpierw byli Polacy, tak samo jak w Oświęcimiu. Nie wiem dlaczego mówi się o zamordowanych Żydach, a nie mówi się o Polakach, o milionach Polaków, którzy tam zginęli, i ludziach innych narodowości! Przecież tam wszystkich przysyłali. Tak że ja… Nie można z Oświęcimia robić tylko obozu dla Żydów. Najpierw to byli Polacy z łapanek, aresztowani. Różne były przypadki. I tak się moja droga szmuglerska skończyła, już więcej mnie [bratowa] nie wzięła, zresztą sama też przestała chodzić.
Potem pracowałam w firmie „Bobicki”, tak się nazywa właściciel tej firmy. To było na Dworskiej, na Woli i tam robiłyśmy siatki [ze sznurka], które chroniły, ochronne dla wojska. Z tym że nikt nie wiedział, że to jest dla wojska. To znaczy potem, jak już… Tam pracowałam chyba od maja do [listopada 1941 roku]. Chyba w listopadzie nas przerzucili na Krowią i to tak częściami przerzucali, to też była jego fabryka i była na Pradze. Niedaleko była rzeźnia. Tam robiłyśmy sznurki. Robiło się je – bo ja wiem – z odpadów konopnych i z [odpadów lamety, tak to się chyba nazywa].… To, z czego robiona jest lameta na choinki?

  • Nie wiem. Dobrze, to obojętne.

Wszystko jedno. W każdym bądź razie to razem zmieszane i robiło się z tego linki. Ale długo tam nie pracowałam, bo w styczniu dostałam wymówienie. Potem pracowałam u krawca kilka miesięcy. Też przestałam tam po kilku miesiącach pracować i w połowie 1942 roku zaczęłam pracować w pracowni trykotarskiej prowadzonej przez siostry zakonne mariawitki. [Tu] był kościół na Szarej obok naszego domu i przy tym kościele właśnie była pracownia i tam pracowałam jako wykańczarka swetrów. Do Powstania.
Moja działalność, jeśli chodzi o ruch oporu, zaczęła się dość wcześnie. Z tym że też z przerwami, bo najpierw koleżanka z harcerstwa, z przedwojennej drużyny, skontaktowała się ze mną i zaproponowała mi współpracę z harcerstwem żeńskim. Ale to długo nie trwało, bo… Nie wiem, co tam było powodem. To była okupacja, człowiek za ciekawy nie był, bo lepiej było mniej wiedzieć. Przerwał się kontakt. W maju 1940 roku – wtedy pracowałam właśnie na Nowym Świecie – spotkałam Janka Błońskiego i w rozmowie spytał się, czy chcę do harcerstwa męskiego. Mnie na to jak na lato. Ale ponieważ nic specjalnego się nie działo, a jeszcze przed tym nawiązałam kontakt z PWK przedwojennym, to było Przysposobienie Wojskowe Kobiet, ale tam też krótko byłam, to było na Okopowej przy… Na Okopowej jest szkoła, była i jest szkoła do tej pory chyba. Zresztą w czasie Powstania nosiła nazwę „Twierdzy”. Tak nazwali ją chłopcy z „Parasola” albo z „Zośki”. Chyba z „Parasola”. Tam był internat albo sierociniec i tam chodziłyśmy. Oczywiście, zaczęło się [szkolenie]: sanitarka i terenoznawstwo, jak zwykle. Ale też to się urwało i jak… To trwało kilka miesięcy. W każdym bądź razie miałam już nawiązany kontakt i z harcerstwem, i tam chodziłam [na Okopową]. Miałam do wyboru, ale harcerstwo było mi bliższe sercu, przed wojną byłam harcerką już. Dość… Właściwie nic się nie działo, nic specjalnego nie robiłam, ale [właściwie] działo się, bo po spotkaniu, jak mówiłam, z Jankiem Błońskim w maju, to niedługo potem przyszło do mnie młode dziewczę i spytała się, czy zgodzę się na to, żeby w [naszym] mieszkaniu była skrzynka dla przekazywania prasy. Oczywiście, że się zgodziłam, tylko że ja konkretnie nic nie robiłam, bo przynosili prasę, zostawiali, małe paczki i [zabierali je młodzi chłopcy, których nie znałam].

  • Tutaj, tak?

Tutaj. Zostawiali i przychodzili chłopcy w różnych okresach, w różnych godzinach, i zabierali te paczki. Czyli ja konkretnie nic nie robiłam. Tak trwało chyba do lipca. Chyba w lipcu albo na początku września... Przepraszam, w sierpniu albo na początku września przyszła [ta młoda osóbka], która przynosiła te [paczki] i zostawiła mi kartkę, żeby się umówić. Spotkałyśmy się i zaproponowała mi wtedy, że tworzy się grupa żeńska przy męskim harcerstwie, czy bym nie chciała do niej należeć. Oczywiście, że zgodziłam się. To był zaczątek Grupy Wykonawczej. Pierwsze spotkanie było u Romki [Łukaszewskiej], pseudonim „Ewa”, na Starościńskiej na Mokotowie. Było nas pięć na tym spotkaniu: Romka, ja, Marysia Adamska, obecnie Kozińska, Marysia [Chełmicka obecnie] Szubert, już nie żyje i była ta właśnie, która przychodziła, czyli Maria Tarasiewicz pseudonim „Kama”. Ale pięć to trochę za mało. W każdym bądź razie to było [spotkanie] zapoznawcze. Organizatorką tej grupy i inicjatorką była właśnie „Ewa”, Romka Łukaszewska. Zaraz pierwszego dnia dostałyśmy ulotki do rozlepienia na ulicy. [na tym spotkaniu każda z nas przyjęła pseudonim: Marysia Adamska-Kozińska „Filipek”, Marysia Chełmicka – „Horpyna”].

  • To był 1942 rok?

To był 1940 rok. Wrzesień 1940 roku, bo dość wcześnie się wplątałam. Zaraz po wojnie [we wrześniu 1939 roku] zaczęłam, tylko że mi się nie udawało. [Do naszej piątki wkrótce] przybyła jeszcze Maria Mroczkowska „Magda”. W ten sposób zaczęłam swoją „chwalebną” działalność. Co myśmy robiły w początkowym okresie? Oczywiście sanitarka, jak zwykle, terenoznawstwo. Przychodziła do nas na wykłady sanitarne…

  • Czyli szkolenie?

Na szkolenie, przychodziła [lekarka], siostra Stanisława Broniewskiego „Orszy”, „Witolda”, drugiego z naczelników „Szarych Szeregów”. Wtedy oczywiście nie bardzo wiedziałyśmy, bo to jednak była okupacja i konspiracja. Miałyśmy kontakt, ten zastęp powstał przy „Sadzie” na Mokotowie [„Sad” – to kryptonim hufca], ale w miarę upływu czasu przybywało nas. Przybywało nas, zaczęły się tworzyć zastępy. Nawet ja miałam przez kilka miesięcy zastęp, ale rozpadł się z przyczyn losowych. Potem powstał zastęp… Co robiłyśmy? Prócz małego sabotażu prowadziłyśmy wywiad ofensywny. W jaki sposób to wyglądało? Przynajmniej ja to robiłam i koleżanki. Obserwowałyśmy ruch przy koszarach dawnego 1. pułku lotniczego. Był na Rakowieckiej, to znaczy Puławska róg Rakowieckiej, ale myśmy obserwowały wejście, było od Puławskiej. Co interesowało? Ilu oficerów, jakie stopnie, jaka służba? Niemcy mieli oznaczenia, czy to jest artyleria, czy piechota, czy inne (wtedy bardzo dobrze znałam niemieckie stopnie oficerskie, w tej chwili już nic nie pamiętam) i ruch samochodów. Wszystkie samochody niemieckie miały oznaczenia, jakieś tam malowanki i cyfry. Trzeba było to obserwować. Obserwowałyśmy na zmianę, przez godzinę każda z nas. Pamiętam, że mnie zmieniała „Magda”, kogo ja zmieniałam, nie pamiętam. To był właśnie ten wywiad ofensywny. Potem doszedł kolportaż prasy. To już prócz tego, co chłopcy przychodzili, to już my zaczęłyśmy roznosić i rozdzielać prasę, tak jak mówiłam. Chyba jeszcze w 1940 roku przybyło kilka dziewcząt. Zbiórki się odbywały na Starościńskiej u „Ewy” i ponieważ grupa już stawała się dość duża, to zaczęły powstawać zastępy prowadzone przez te najstarsze, tak zwane pięć Maryś i szósta „Ewa”.

  • Co dalej pani robiła? Mówiła pan, że kolportaż. Czego?

Kolportaż. [Biuletyn Informacyjny (raz w tygodniu) i prasa harcerska: „Pismo młodych”, „Brzask”, „Bądź gotów”, „Skrzydlata broń”, różne gazetki okolicznościowe]. Od 1942 roku, od lutego, już [doszły] też i [wyjazdy z Warszawy. Pierwszy to była Częstochowa. Obsługiwałyśmy] nie tylko Warszawę, ale również poza Warszawę jeździłyśmy. Z pierwszą przesyłką wyjechałam ja. To był luty 1942 roku, to była Częstochowa.

  • A co pani wiozła?

Prasę. Potem tych miast przybywało. Przybył Piotrków, przybyło Radomsko. Jeździłyśmy na zmianę z „Magdą”. Inne też jeździły, ale ponieważ byłam z nią w kontakcie, bo potem jak powstał… Ponieważ nie miałam przydziału, bo zastęp mój się rozwiązał i powstał nowy zastęp, w którym byłam ja, „Magda”, Jadzia Ostrowska zwana „Krysią”, miała pseudonim „Krysia”. Była jakaś Krysia też, która mieszkała na Spokojnej, ale niewiele o niej potrafię powiedzieć, bo tylko pamiętam, że taka była i że mieszkała na Spokojnej, bo byłam u niej. Stąd pamiętam.
  • A jak panie chowały prasę na taką daleką podróż?

Zwyczajnie. To były nieduże paczki. Woziłam w teczce, a jak „Magda” woziła, to nie wiem. W każdym bądź razie potem przybyło jeszcze, tak jak mówiłam, Częstochowa, Radomsko, Piotrków, i przybyły Kielce, Radom i Wolbrom. Jeździłyśmy co dwa tygodnie. Były dwie trasy: Piotrków – Radomsko – Częstochowa i druga trasa to były Kielce – Radom czy Radom – Kielce, już nie pamiętam, Wolbrom. Wyjeżdżałyśmy w soboty i wracałyśmy w poniedziałek rano, bo mniej więcej tyle czasu zabierało. W drodze było rozmaicie. W każdym bądź razie do kolportażu po Warszawie dołączył się kolportaż poza Warszawę. Potem powstał, tylko nie pamiętam, w którym roku, chyba w 1943, zastęp „Włóczęgów”. To już mówiłam, że była Jadzia, znaczy się „Krysia” Ostrowska, była ta druga Krysia, ja, zastępową była „Magda”, Maria Mroczkowska. Potem doszła do nas „Kasia”, Krystyna Garwolińska. Jak ona teraz z męża się nazywa? Błaszczyk. Odeszła od nas Jadzia Ostrowska, ale dołączyły: Ludka, Ludwika Kozińska, Łapicka z domu, Kozińska z męża, też już nie żyje; „Irka”, nazwiska nie pamiętam; i „Jolka”, też nazwiska nie pamiętam. „Magda” została szefem kolportażu dla „Pasieki” [kwatera główna „Szarych Szeregów”, ja byłam jej zastępcą. Zresztą w zastępie też ją zastępowałam, jak miała, powiedzmy, urlop, bo coś takiego było, wtedy wyłączałyśmy się z [pracy w] ruchu oporu, odpoczywałyśmy, każda po swojemu. Tak było do samego Powstania. Kolportaż, rozdział prasy był początkowo u „Magdy”, potem u mnie, tu, w tym mieszkaniu. Chyba w 1943 roku zrobili u mnie skrytkę i cały czas w mieszkaniu była skrzynka „Giewonta”, przynosili różne – już nie prasę, tylko różnego rodzaju karteczki, paczuszki, broń i tym podobne. [Skrzynka – to miejsce przekazywania wiadomości, rozkazów. Skrytka – to schowek do przechowywania różnych materiałów].

  • A jak pani rodzice…

Moi rodzice. Ojciec się w ogóle nie wtrącał, aby tylko dostał gazetkę, a mama była wielką patriotką i jak jeden z braci dowiedział się, zobaczył gazetkę i zrobił mi awanturę, że narażam [rodzinę], to mama powiedziała: „Pawełku, przecież muszą gdzieś to robić”. Takie było stanowisko mojej mamy. Zresztą potem kolportaż prasy… Co myśmy kolportowały[oprócz prasy]? Różne ulotki, różne pisma satyryczne, „Kamienie na szaniec”, „Dywizjon 303”. To były duże paczki. W każdym bądź razie… I roznosiłyśmy prasę na skrzynki. Każda miała swoje skrzynki. Ja nosiłam na Grzybowską 90, tam był sklep papierniczy, tam zostawiałam prasę; na Marszałkowską; na Kredytową, tam odbierała paczki matka „Alka”, nie pamiętam w tej chwili nazwiska. W każdym bądź razie to znana postać w „Szarych Szeregach”, to jego odbijali, jak przewozili go na Pawiak, to była ta sławna akcja pod Arsenałem. To właśnie matka tego „Alka” na Kredytowej; na Ludwiki, to była Wola; na Żelaznej. Na [Podwale, Orlą, Marszałkowską] chodziłam, zresztą skrzynki się zmieniały dość często.

  • Jak pani to nosiła? Nie bała się pani nosić tego? Jak pani to robiła?

Gdybym myślała o tym, że się boję, to bym w ogóle nie bawiła się w to wszystko. Jakby człowiek stale się bał, nie wytrzymałby nerwowo. W każdym bądź razie bezpieczne to nie było. Po ulicach chodziły patrole, bardzo gęsto chodzili, zatrzymywali ludzi i legitymowali, sprawdzali paczki, tak że w każdej chwili można było wpaść. Poza tym łapanki. Łapanki były też często. Z łapanek ludzie trafiali albo do obozów koncentracyjnych, oczywiście przez Pawiak, albo do Niemiec na roboty, to rozmaicie było. W każdym bądź razie wiadomo było, że [każdy dzień, w którym był kolportaż i każdy z prasą] taki wyjazd też mógł skończyć się dość tragicznie, bo w pociągach, szczególnie na trasie Piotrków – Radomsko – Częstochowa, wpadali często gestapowcy po prostu w celach rabunkowych, bo okradali, zabierali bagaże, jak coś ciekawszego znaleźli. To była bardzo nieprzyjemna trasa. Wsiadali, za Skierniewicami była stacja Rozprza czy coś takiego, i tam wsiadali i buszowali po wagonach do Piotrkowa. Tak że w każdej chwili można było wpaść.
Pamiętam taką jazdę, to był chyba 1942 rok, na przełomie chyba 1942/43, w każdym bądź razie to była zima. Ponieważ jeździłam w drogę, a nie miałam zegarka, więc pożyczyłam zegarek i właśnie wpadła taka [rewizja gestapowska]. Wyjątkowo luźny był pociąg, bo na ogół to się jeździło w tłoku, nie tylko przedziały były zatłoczone, ale i korytarze, a wtedy puste korytarze były. Przedziały były zajęte, ale w korytarzu były takie, zresztą chyba i teraz są, ławeczki przy ścianie i można było sobie usiąść, tak że miałam miejsce siedzące. Chyba w [Skierniewicach] wsiadł jakiś robotnik, miał worek pod pachą, zabandażowaną rękę. Stanął niedaleko mnie i gapiliśmy się przez [okna], bo co robić. W Rozprzy właśnie wpadli Niemcy. Gestapowiec niewysoki, dość [dobrze] zbudowany, to był słynny z tego, że grabił, co tylko mógł. Ja z [teczką], miałam palto uszyte z szynela wojskowego. Ponieważ było ciepło, to miałam rozpięte. I dlaczego wstałam? Bo ten robotnik [po wejściu do pociągu] sobie poprawiał opatrunek, więc spytałam się, czy mu pomóc. Jak wstałam, to teczka, w której miałam paczki, została przyciśnięta przez ławeczkę, bo się automatycznie podnosiła. Pomogłam mu zabandażować rękę, miał rozciachany bardzo mocno palec i kawałek dłoni, i zaczęliśmy rozmawiać. Jak wpadli Niemcy, to my we dwójkę na korytarzu. I pierwsza rzecz, człowiek nigdy nie wie, jak zareaguje, nie zna, nie jest w stanie przewidzieć swoich reakcji, bo pierwsza myśl: „To już koniec zabawy”. A druga: „Po co pożyczałam ten zegarek? Przecież go już nie oddam”. Niemcy zaczęli buszować po przedziałach. Uciec. Jak uciec, jak z dwóch stron wagonu idą Niemcy. Przecież nie grasował jeden, tylko ich kilku było. Stałam cierpliwie, przecież człowiek liczył się z tym, że może w każdej chwili wpaść. I tak powoli, powoli, doszli [do nas], a buszowali przedział naprzeciwko którego stałam. Babka wiozła rzeczy dziecięce w walizce, wszystko jej wyrzucili. Tak że myślę sobie: „No to koniec ze mną”. Ponieważ miałam ten fifrak, to znaczy palto rozpięte, to Niemiec, jak podszedł do mnie, to od nóg [rękami] przejechał pod paltem, tak że nie odsunął tego palta, bo jak by odsunął, to by zobaczył teczkę. I zostawił mnie w spokoju. Ale jak [podszedł] do tego robotnika, to kazał mu rozwinąć worek. W worku była mała paczuszka, kazali mu [ją] rozwinąć. Co się okazało? Dwie kromki chleba. Kazali mu to rozłożyć, to rozłożył – chleb, nic tam nie było prócz jakiegoś mazidła, chyba smalec był. Zwinęli. Kazali mu odwinąć rękę. Tak że tylko stałam i mówię: „Masz więcej szczęścia niż rozumu”. I to mi się wbiło w pamięć, ja to na nowo przeżywam, bo nie wszystko się pamięta, ale były takie chwile, że to się wbijało w pamięć.

  • A jak pani pamięta Warszawę. Była pani młoda przez całą okupację.

Człowiek młody, to inaczej reaguje mózg. Wszystko go bawi, nie bardzo myśli o tym, że to niebezpieczne czy coś takiego. Poza tym moim obowiązkiem było brać udział w ruchu oporu.

  • Ale co pani robiła później, po pracy? Czy spotykaliście się jakoś razem?

Po pracy? Przede wszystkim były zbiórki. Były zbiórki raz na tydzień. Najpierw, tak jak mówiłam, u Romki na Mokotowie, a potem już jak powstał zastęp „Włóczęgów”, w którym byłam, prowadzony przez „Magdę”, Marię Mroczkowską, to zbiórki były u mnie w mieszkaniu. Poza tym była godzina policyjna. W lecie chyba do dziewiątej albo do dziesiątej, już nie pamiętam, a w zimę krócej, chyba do siódmej. Jak pani wyszła, pracowała do czwartej, to gdzie pani miała [iść]. Nie było nawet czasu, nie było kiedy gdzieś tam iść. Ale spotykałyśmy się z koleżankami. Też normalne życie się prowadziło mimo wszystko. Przecież ludzie się kochali, zawierali małżeństwa. Życie było normalne mimo wszystkiego, mimo całej grozy i niepewności życia, bo człowiek wychodził rano z domu i nie wiedział, czy wróci, czy nie trafi na łapankę albo go nie złapie patrol, nie zatrzyma. Nigdy pewności się nie miało.

  • A w Warszawie uczestniczyła pani w łapankach jakichś?

Nie, na szczęście mnie omijały łapanki, tak że… Zresztą jakbym była w łapance, to bym… Nie wiadomo, jak by się to skończyło. W każdym bądź razie życie było dość ograniczone. Za dużo czasu nie było na towarzyskie spotkania. Dobrze, że miałam potem blisko pracę, bo to z budynku do budynku, powiedzmy, to miałam trochę więcej czasu. Ale do czwartej się minimum pracowało. Ale jak pracowałam na Woli albo na Pradze, to gdzieś koło piątej byłam w domu, zjadało się obiad i… W lecie to jeszcze można było gdzieś iść, ale w zimę to już właściwie życie towarzyskie to się między sąsiadami prowadziło. Byli młodzi, wszyscy się znali, bo razem żeśmy się chowali i tak się prowadziło życie w Warszawie. Ale Warszawa była zawsze roześmiana, pełna humoru. Różne kawały były, tak że jakoś się tam żyło. Z tym że chyba w 1943 roku zrobiono u mnie skrytkę, prócz skrzynki, która była „Giewonta”, a potem chyba „Pasieki”, jak „Giewont” przeszedł do szkolenia chłopców w Puszczy Kampinoskiej. Ale to była [skrytka] do przechowywania różnych rzeczy. Na ogół to się przechowywało prasę, numery archiwalne. Zresztą część tej prasy przetrwała i przekazałam ją chyba dwa lata temu do Muzeum Harcerstwa. Tak że to mieszkanie było dość wykorzystywane. Potem prasa była po aresztowaniu „Ali” i „Filipka”, to były dziewczęta z grupy, to prasa, chyba nawet wcześniej jeszcze, była rozdzielana u mnie.

  • Dobrze, to przejdźmy już do Powstania, do wybuchu. Jak pani pamięta wybuch Powstania?

Mnie wybuch Powstania zastał tutaj na Szarej, bo nie dotarł do mnie żaden rozkaz. Dopiero po dwóch tygodniach dobiłam do dziewcząt. Kwatera Główna była na Świętokrzyskiej naprzeciwko „Prudentialu”. Tam z całą grupą się spotkałyśmy właśnie jako grupa łączniczek. Po upadku Starówki przeszliśmy całą [kwaterą]. Całą kwaterę przeniesiono na Wilczą. To była Wilcza, chyba to była jakaś szkoła.

  • To idźmy dalej.

Tam już do końca Powstania byłyśmy. Z tym że… Tam się właśnie spotkałam z matką „Alka”. Nie wiedziałam wtedy, że to jest matka „Alka”. Tak się zaczęło moje Powstanie.

  • Co pani robiła? Jak to wyglądało?

To, co mi kazali. Posyłali z różnymi kartkami, nie kartkami – powiedzmy, że to były rozkazy – wtedy kiedy musieli, ale tak to się czekało po prostu. Ponieważ „Magda” była komendantką łączniczek, a ja jak zwykle jej [zastępcą, gdy „Magda” przeszła na Mokotów i ja przejęłam jej obowiązki i] tak jak była szefem kolportażu przy „Pasiece”, tak że przeze mnie przechodziły wszystkie, wysyłałam dziewczęta. Co pamiętam z Powstania? Niewiele. Człowiek chodził po ulicach, ale naprawdę niewiele [pamiętam].
Jedno mi utkwiło w pamięci. Wysłano nas po mapy do szkoły na Hożą. Poszłyśmy we trzy: ja, „Iga”, Henryka (Jak ona się nazywała? Z męża Kossakowska [Głowacka]) i trzecia, ale zupełnie nie pamiętam, kto to był. Ponieważ gabinet z mapami mieścił się na czwartym piętrze, wlazłyśmy na to piętro i tam nas zastał, właściwie zastała, kanonada z armaty kolejowej. To był najcięższy kaliber i najgorsze, co mogło być. Co było? Armata wyrzucała pociski co dziesięć minut i tylko dziesięć [strzałów]. Słyszałyśmy, jak przelatują, bo jak słyszy się świst, to już się nie ma czego bać, bo już pocisk przeleciał. W pewnym momencie zatrzęsło się, zrobiło się biało, myśmy – nie wiadomo jakim cudem – znalazły się na drugim piętrze. Po tych dziesięciu strzałach, bo się zawsze liczyło ile, wyszłyśmy, to znaczy wróciłyśmy na czwarte piętro. Dach był zerwany. To tylko przelatywał ten pocisk, nic więcej nie było zerwane. To znaczy tynki poopadały. Wzięłyśmy mapy i jak zeszłyśmy na dół, to nas tam trochę… Miałyśmy podrapania, lekkie skaleczenia, i jak wyszłyśmy przed budynek, to cały odcinek Hożej od placu Trzech Krzyży do Kruczej był w gruzach. Nic nie zostało. To było niesamowite uczucie. Mnie się w tej chwili zimno robi i dreszcz mnie przechodzi. Może właśnie dlatego to pamiętam.

  • A gdzie pani mieszkała w trakcie Powstania?

Tutaj, w tym mieszkaniu.

  • Dochodziła pani tam do…

To znaczy w czasie Powstania miałyśmy kwaterę.

  • No właśnie. To o to mi chodziło.

Byłyśmy zakwaterowane w różnych miejscach. [Po przejściu na Wilczą], to było gdzieś w okolicach… Nie wiem, Wspólna, Hoża, Żurawia, nie pamiętam. Wiem tylko, że niedaleko był basen z wodą, bo Niemcy robili baseny, że w razie pożaru, żeby [woda] była. Pamiętam ten basen. Pamiętam, że żeby się umyć, [zdobyć] wodę do mycia, to chodziło się do tego basenu. Innej wody już nie było w Warszawie. Nie było światła, nie było wody. Kopało się studnie albo [były] studnie na pompę. Ludzie stali po dwadzieścia cztery godziny za kubełkiem wody. Wojsko miało swoją studnię wydzieloną, ale też się czekało w kolejce. Zresztą podczas takiej wyprawy po wodę zginął kolega i młody harcerzyk, dwunastoletni chłopak zginął, Kazik [Brzeziński]. Też mi wyleciało nazwisko. W każdym bądź razie chodzenie po Warszawie to nie było takie bardzo [łatwe]. Zresztą były barykady na ulicach.
Kuchnia była po drugiej stronie Wilczej [u państwa Brzezińskich], żeby przejść [z kotłami], to musiały pod barykadą przechodzić, bo był ostrzał. Tak że były ulice, że można było sobie swobodnie chodzić [wszędzie były wywieszone flagi], a w ogóle jak zobaczyło się flagę wywieszoną na „Prudentialu”, który był wtedy najwyższym budynkiem w Warszawie, to serca wszystkim rosły z radości. Po tylu latach polska flaga. Ludzie płakali z radości. W każdym bądź razie człowiek poczuł się wolny i swobodny. Mógł chodzić bez obawy ulicą, że mu coś, prócz pocisku oczywiście, na łeb spadnie. W każdym bądź razie Powstanie to było coś niesamowitego. To było coś, na co czekaliśmy wszyscy, szczególnie chłopcy, którzy z bronią w ręku wtedy mogli iść.
  • A co się działo po akcjach?

Po Powstaniu?

  • Nie, nie. Jeszcze Powstanie. Miała pani jakieś dyżury? W jaki sposób pani spędzała czas wolny?

To tam cały dzień się siedziało i czekało na to, gdzie wyślą i kogo wysłać. Tak że dyżury były dzień w dzień do zmierzchu.

  • A jak wyglądały warunki mieszkaniowe? Gdzie spałyście?

Myśmy miały wtedy kwaterę po drugiej stronie Alej. To znaczy jak była na Świętokrzyskiej kwatera, to chyba zmieniałyśmy kwaterę dwa razy, bo po prostu bombki leciały. Najgorsze były u nas zwane „krowy”, na Starówce nazywano to „szafami”. To były [granatniki]. Dlaczego „krowy”? Bo jak uzbrajali, ładowali pociski do tego, to to tak burczało jakby krowa ryczała. Ale to były pociski, które jak trafiły w dom to albo zapalające i pożaru nie można było już ugasić, albo burzące. To taki dom czteropiętrowy od góry do dołu szedł. Tak że… I to też chyba raz na dzień takie pociski. Prócz tego różnego rodzaju i naloty robili i... A poza tym byli tak zwani gołębiarze, Niemcy, właściwie folksdojcze, którzy siedzieli na górze i strzelali do powstańców, strzelali do ludności cywilnej.

  • A życie religijne? Były śluby, chrzty. Czy coś takiego, czy pani z czymś takim miała do czynienia?

Nie, ale koleżanki uczestniczyły w ślubie powstańców. Ja tylko z opowiadań znam. Miałam raz tutaj właśnie… Dostałam się tutaj, to był wrzesień, chyba 8 września, przyszłam tu do domu. Po drodze… Miałam jakąś przesyłkę tutaj do kwatery harcerskiej, była na Czerniakowskiej komenda tej dzielnicy, i oczywiście wstąpiłam do domu i spotkałam brata, właściwie jednego z braci, który był w „Czacie 49”, i on przez Wolę, Starówkę, [gdzie walczyli, dotarł z oddziałem] tutaj. Ale z nim nie mogłam rozmawiać, bo wtedy był w szpitalu. Na Wilanowskiej kwaterowali. Tylko tyle, że go widziałam przez szybę, bo sanitariuszka nie chciała, nie pozwoliła na skontaktowanie się, na rozmowę bezpośrednią. Ale w domu zostawił pistolet, tak że była pamiątka. Drugi z braci był w zgrupowaniu [„Kryski”], tutaj na tej dzielnicy działali. Był telefonistą. A trzeci z braci był… Wiem, że kwaterę miał na Mokotowskiej, ale jakie zgrupowanie, to nie wiem, bo nie pamiętam. Tak że czwórka nas brała [udział]. Zresztą bracia brali i udział w ruchu oporu.

  • Mówiła pani o swojej rodzinie, że w Powstaniu brali udział pani bracia.

Bracia brali udział, tak jak mówiłam, w czasie Powstania.

  • Rodzice się martwili?

Na pewno się martwili. Zresztą jak rozdzielało się prasę, jak [wychodziłyśmy z nią] i zbiórki też były z naszego zastępu, to mama żegnała nas. Zawsze stała tu przy tej kuchni i gospodarzyła, i żegnała nas krzyżem. Każdą. Tak że matka była patriotycznie nastawiona. A ojciec, tak jak mówiłam, aby miał gazetkę, to…

  • Czy pani by chciała jeszcze coś powiedzieć na temat Powstania?

Niewiele mam do powiedzenia. Chyba to, że chodziłam [ciągle głodna]. Nie tylko ja, ale głodne chodziłyśmy, bo przecież nie bardzo [było co jeść]. Mimo że był przydział wojskowy, bo po prostu podlegałyśmy, tak jak wszyscy, jak wszystkie oddziały, byłyśmy zorganizowane, ale z żywnością nie było najlepiej. Pamiętam, że chodziłyśmy po zboże do „Haberbuscha”. „Haberbusch” to były zakłady… Browar był [na Żelaznej] i tam chodziłyśmy [po] jęczmień i chyba żyto. To kręcili na młynkach i z tego gotowali zupę, tak zwaną plujkę. Wyżywienie nie było za [dobre], ale skąd było brać? Po podpisaniu kapitulacji wyszłyśmy całą naszą grupką, to znaczy nie – te, które były w czasie Powstania na Wilczej, tak najbliżej, bo tam była duża grupa. Były kucharki, były inne dziewczęta. Nie wiem, nie pamiętam już. Ale nas wyszło w takiej grupce: „Miki”, Teresa Rybińska czy Rybicka, z męża chyba Pietraszewska; [„Iga” Głowacka z męża Kossakowska]; Zosia Zaremba (Jak się z męża nazywała? Też chyba na „z”, ale to nie jest ważne), i piąta to była [„Ila”]. Wylądowałyśmy, tak jak wszyscy warszawiacy. Wyszłyśmy, bo miałyśmy do wyboru albo iść z oddziałem i do niewoli, albo wyjść jako cywil. Wybrałyśmy, że wyjdziemy z grupą cywilną. Wylądowałyśmy, po ponad trzydziestoczterogodzinnej jeździe pociągiem, pod Krakowem w Czyżynach.
Potem już losy nasze były mniej więcej podobne. Ponieważ zaczął się okres skupu liści tytoniowych, a w Czyżynach była filia krakowskiego monopolu tytoniowego, więc zaczęto przyjmować pracowników do tego monopolu. Między innymi myśmy się tam zaczepiły. Tam było skup liści od plantatorów i przyprowadzano fermentację, przygotowania, i w dużych belach prawie stukilowych przewozili do Krakowa i dalsza produkcja była w Krakowie. Tak było do [stycznia]. Myśmy w ogóle wyskoczyły, bo jak pociąg stanął, to mieszkańcy Czyżyn zaczęli wołać: „Młodzi ludzie, wyskakujcie!”. Nas tam nie wiem ile wyskoczyło w sumie, ale myśmy z tego jednego wagonu wyskoczyły. Zaopiekowano się nami i dostałyśmy przydziały. One trafiły dobrze, bo trafiły do domku, gdzie miały pokoik, ciepło, a ja trafiłam do chałupki drewnianej. Była izba, tyle że była pusta. Tak że potem gospodarz zbił łóżko z drewna, siennik wypchany słomą i to było wszystko, stolik. W każdym bądź razie wilgoć niesamowita, bo ten domek stał nad stawkiem. Złe były warunki, ale człowiek był wolny i to było najistotniejsze. Powoli odszukałam rodzinę. Dowiedziałam się, że rodzice wyszli, powoli dowiadywałam się o braciach, że żyją. Potem skończyła się cała zabawa. Człowiek wrócił do Warszawy.

  • Jak pani pamięta Warszawę po powrocie?

Warszawa – gruzy, przede wszystkim zwały gruzów na jezdni. Szło się po tych zwałach gruzów. Pociąg dojeżdżał tylko, jak już zaczęły chodzić pociągi, tylko do Zachodniej. Oczywiście pieszo, pieszo. Jak weszłam na podwórko, to gdyby nie to, że kościół był, to bym nie poznała. Cała oficyna była zwalona. Na podwórku pełno gruzów. W mieszkaniu, jak weszłam już do mieszkania, było przede wszystkim okradzione. Nic nie było. [Ściany]… Pełno gruzu, w oknach tylko resztki ram, szyb nie było, nic nie było. Stanęłam… O ojcu nic jeszcze nie wiedziałam, że żyje. Wiedziałam tylko, że matka żyje i że bracia żyją. Stanęłam, przede wszystkim trzeba gruz wyrzucić. Zaczęłam gruz wyrzucać, [wynosic wiadrem], ale sąsiad przyszedł i mówi: „Co ty będziesz?! Zgłupiałaś?! Będziesz kubełkiem wynosić?! A przez okno! Komu to przeszkadza?!”. Właściwie byłam jednym z pierwszych lokatorów. Tam chyba tylko dwóch lokatorów wtedy było, a reszta jeszcze nie zdążyła wrócić, bo to był luty 1945 roku. Tak że dość wcześnie wróciłam.

  • Jak pani żyła? Z czego pani żyła? Zaczęła pani pracować?

Jak żyłam? Tak jak i inni. Przede wszystkim trzeba było pomyśleć, żeby jakoś zabezpieczyć okna, więc okna znalazłam, wstawiłam. Pasowały do zawiasów, ale bez szyb. Cała Czerniakowska, a była zabudowana, wszystko w ruinach, same gruzy. Kilka mieszkań, w gruzach oczywiście, ocalało i w drzwiach były małe szybki. Powyjmowałam te szybki z tych drzwi i kawałkami [wstawiłam okna], a reszta zabiło się dyktą, żeby tylko trochę światła było, żeby chłód tak nie leciał. Zabezpieczyłam mieszkanie, jeden z braci już wrócił. Mieszkał w sąsiednim domu pod numerem 14, który ocalał. Zresztą z całej Szarej, która była cała zabudowana, mniej więcej tak wyglądała jak… Tutaj jest zdjęcie ulicy Szarej sprzed wojny, to prócz naszych dwóch budynków nic nie było. Same gruzy, same ruiny i zrujnowany kościół. Ponieważ jeden z braci mieszkał pod Warszawą, [po spotkaniu się]… Umówiliśmy się w ten sposób, że pojadę po matkę, bo matka po Powstaniu wylądowała w okolicach Częstochowy, i przywiozę do niego. [Po przywiezieniu mamy, zostałam u niego]. Bo rzeczywiście, co tu jeść? Jak pracy żadnej… Potem niedługo wrócił ojciec i potem ja między Lesznem a Warszawą pałętałam się.
Potem już wróciłam do Warszawy, zaczęłam pracować, zaczęłam się uczyć. Zaczęłam chorować i to poważnie na żołądek, ale już pracowałam. Wszystko powoli się ustalało, stabilizowało. W tej firmie, w instytucji, w której zaczęłam pracować, to już do samego przejścia na emeryturę pracowałam. Pracowałam jako korektorka w „Iskrach”. To są moje dzieje.

  • Czy coś by pani chciała jeszcze powiedzieć na koniec na temat Powstania i swojego udziału?

Jakieś urywki [pozostały], ale nic konkretnego.

  • Czy była pani jeszcze później prześladowana może z tego powodu, że była w AK?

Nie. Człowiek się nie przyznawał do swojej przeszłości. To nie było modne. Nas nazywano bandytami, więc wie pani. [Swoje wypowiedzi chcę uzupełnić kilkoma faktami, które pominęłam, a uważam za ważne. W styczniu 1943 roku Niemcy rozpoczęli pacyfikację wsi w na Zamojszczyźnie, ponieważ ten region wraz z Zamościem przeznaczyli na ośrodek germanizacji na obszarach Generalnej Guberni. Z wielu wsi wysiedlano ludność – los ich był wiadomy – ginęli od kul niemieckich lub w obozach koncentracyjnych, wiele wsi spłonęło, dzieci masowo wywożono do Niemiec, by je wychować na Niemców. Wywożono je pociągami towarowymi, bez opieki dorosłych i jedzenia, za to pod konwojem uzbrojonych żołnierzy. W takich warunkach dzieci masowo ginęły. Były to dzieci w wieku od dwóch do dwunastu lat (może nawet starsze). Aby nie dopuścić do wywiezienia dzieci została zorganizowana akcja „Na pomoc dzieciom Zamojszczyzny”. Na dworcach kolejowych, przez które przejeżdżały transporty, pełnili służbę ludzie dobrej woli. O transportach informowali kolejarze. Ponieważ nie było wiadomo, kiedy i gdzie taki transport pojawi się, trzeba było pełnić dyżury przez dwadzieścia cztery godziny. Pamiętam taki dyżur nocny na dworcu Wschodnim. Tej nocy transportu nie było. Wiele dzieci zostało uratowanych, wiele zamarzło lub umarło z głodu i wycieńczenia. Dziś głośno krzyczy się o ofiarach Katynia i katastrofy lotniczej – to boli, ale nie wolno dopuścić do tego, by zapomniano o tych tysiącach, których jedyną winą było to, ze są Polakami – o dzieciach, ich matkach i ojcach, o ludziach Zamojszczyzny.
Drugą sprawą są masowe egzekucje ludności na ulicach Warszawy i innych miast. Szczególnie dotyczyło to Warszawy. Jesienią 1943 roku wzmógł się terror niemiecki, wzrosła liczba patroli, wzrosła ilość represji, aby zastraszyć ludność – Niemcy dokonywali egzekucji na ulicach miasta. pierwsza dokonana 17 października 1943 roku, potem było ich wiele. Ulice Warszawy spłynęły krwią. Ofiarami byli ludzie złapani w łapankach, wyciągani z mieszkań i kawiarni. Niemcy, dla zwiększenia terroru, wywieszali afisze z nazwiskami straconych. Na przełomie lat 1943/44 rozpoczęło to akcję pomocy dla rodzin osób rozstrzelanych. Akcją tą zajmowała się Społeczna Organizacja Samoobrony działająca przy konspiracyjnych władzach państwowych. Aby taka pomoc mogła zaistnieć trzeba było stworzyć sztab ludzi, którzy mogli podjąć taka pracę. Należało przede wszystkim zdobyć nazwiska i adresy rozstrzelanych. Przez znajomości „Horpyna” Maria Chełmicka, członek naszej Grupy wykonawczej, nawiązała kontakt z Zofią Kossak-Szczucką, która w Społecznej Organizacji Samoobrony zajmowała się pomocą dla osób represjonowanych. „Horpyna” po porozumieniu się z „Ewą” Romaną Łukaszewską, drużynową Grupy Wykonawczej, zleciła spisywanie nazwisk z afiszy rozlepianych przez Niemców dziewczętom z Grupy. Pomoc dla rodzin polegała na dostarczaniu co miesiąc zapomogi w wysokości 500 złotych. Roznoszeniem tych pieniędzy zajmowały się dziewczęta, ja również nosiłam takie zapomogi biegając z nimi po całej Warszawie, Kraków też otrzymywał taką pomoc. Piszę o tym dlatego, bo działalność ta uległa zapomnieniu, przynajmniej ja nie słyszałam, by ktoś wspomniał o tego rodzaju akcji].



Warszawa, 18 stycznia 2010 roku
Rozmowę prowadziła Urszula Herbich
Maria Urbas Pseudonim: „Bronka” Stopień: łączniczka Formacja: Kwatera Główna Szarych Szeregów „Pasieka” Dzielnica: Śródmieście Zobacz biogram

Zobacz także

Nasz newsletter