szukaj
Ludwik Misiek
w czasie powstania
pseudonim
rocznik
„Robert”
1926
stopień
powstańczy biogram
data wywiadu
kapral, dowódca drużyny Kedywu
-
2007-05-18
formacja
AK okręg Poznań, obwód OstrówLudwik Misiek urodzony 12 sierpnia 1926 roku w Pleszewie, miasto w Wielkopolsce. W Armii Krajowej okręgu Poznań, inspektoratu rejonowego Ostrów, obwodu Ostrów, placówki operacyjnej „Aluminium”. Ostatni stopień w Armii Krajowej kapral. Dowódca jednej z drużyn plutonu KEDYWU ostrowskiego inspektoratu Ostrów.
- Pana pseudonim?
„Robert”.
- Mógłby pan w paru zdaniach opowiedzieć na temat lat przedwojennych: gdzie pan mieszkał? Gdzie pan chodził do szkoły? Czym się zajmowali rodzice?
Urodziłem się w Pleszewie w rodzinie zawodowego wojskowego. Mój ojciec do wojny był w stopniu sierżanta. W Pleszewie ukończyłem sześć klas szkoły podstawowej, powszechnej. Złożyłem egzamin do gimnazjum. Zostałem przyjęty. To się działo już w sierpniu 1939 roku. 1 września znalazłem się w transporcie ewakuacyjnym na Wschód. Po przejechaniu pod bombami tysiąca dwustu kilometrów, transport został zmasakrowany przez sześć niemieckich bombowców pod Lwowem w Komarnie. Z dwustu osiemdziesięciu osób zginęło sto szesnaście kobiet, dzieci i wyrostków takich jak ja. Tam straciłem brata, sam byłem ranny. Znalazłem się we Lwowie, tam byłem w rękach NKWD. Kuriozalna sprawa, bo byłem przesłuchiwany przez Iwanowa, sławetnego oficera KGB. On wypytywał mnie o bardzo prozaiczne sprawy. Aresztowała mnie ukraińska milicja na ulicy we Lwowie, dlatego, że byłem w mundurku gimnazjalnym, więc inteligent. Capnęli mnie z tyłu. Kiedy się zorientowali, że jestem z Zachodu, oddali w ręce NKWD, bo takie mieli wytyczne. Tak trafiłem przed Iwanowa. On pytał mnie o wszystko, co się działo przed wojną w mieście gdzie mieszkałem, o zwyczaje społeczne, o życie towarzyskie, o życie rodzinne, o uroczystości państwowe i różne inne, w ogóle o nasze zwyczaje. Jako asowi wywiadu, to było widocznie potrzebne. W tym przesłuchaniu brała udział tłumaczka polska, która była żoną polskiego majora. On nie wrócił z frontu. Ona została zaangażowana jako tłumaczka. Kiedy usłyszała moje losy i losy mojej rodziny, była matka i czworo rodzeństwa przy życiu zostało, piąty brat zginął, to powiedziała mi na boku między jednym, a drugim przesłuchaniem, że zrobi wszystko, żeby mnie wypuścili. Transporty już stały na dworcu, tylko dopychali aresztowanych więźniów i wysyłali od razu na Wschód. Spełniła to przyrzecznie, bo Iwanow zgodził się, żeby mnie wypuścili. W ten sposób uniknąłem wywózki na Wschód.
- Pamięta pan nazwisko tłumaczki?
Niestety, wtedy nie przywiązywałem wagi do takich rzeczy, nie zapamiętałem. Ona mi się przedstawiła, ale nie pamiętam nazwiska.
- Pan tam siedział w więzieniu?
Nie. Milicjant ukraiński zawiózł mnie tramwajem, mogłem mu uciec, ale nie chciałem. On trzymał moją torbę, w której miałem różne cenne rzeczy, to znaczy sztućce i koronki od nas z domu z bagażu, żeby za to kupić chleb. Nie chciałem tego stracić. On mnie zawiózł do brygidek, jak to mówili we Lwowie. To był widoczne klasztor i tam urzędowało NKWD. Skończyło się na przesłuchaniu i zwolnili mnie. Mogłem sobie pójść, gdzie chciałem. Wróciłem do rodziny, która była zakwaterowana u Ojców Zmartwychwstańców przy ulicy Piekarskiej we Lwowie blisko Cmentarza Łyczakowskiego.
- Jak policjant pana odstawił do brygidek, to od razu do celi pana…
Nie, od razu czekałem na przesłuchanie. Najpierw się zgłosiła tłumaczka i powiedziała, że mam usiąść w sali i poczekać. Tam był stół nakryty zielonym suknem. Po pół godzinie albo trochę dłużej przyszedł Iwanow. Widziałem, że bardzo szarmancko się odnosił do tłumaczki. Ona była śliczną kobietą, aż mu się oczy iskrzyły, jak z nią rozmawiał. Po pierwszym przesłuchaniu jak mi powiedziała, że będzie się starała, żeby mnie zwolnili, to jej uwierzyłem widząc jak on się do niej odnosił. Rzeczywiście drugi raz spytał mnie, już tylko uzupełniające pytania rzucał albo wracał do poprzednich: szeroko pojęte zwyczaje w Wielkopolsce, tam gdzie mieszkałem, gdzie był garnizon 70. Pułku Piechoty, do którego należał mój ojciec.
- Ktoś to zapisywał?
Nikt nie pisał. On przyjmował do wiadomości to, co tłumaczka przekazywała, nie było żadnych protokołów. To była dziwna sprawa.
- On siedział za stołem?
Siedział albo wstawał, a ja siedziałem na krześle przed stołem. Tłumaczka miała swoje krzesło.
- Jak on się do pana odnosił? Przedstawił się?
Tłumaczka mi powiedziała, z kim mam do czynienia. Mnie to nic nie mówiło, bo byłem zupełnie surowy pod tym względem. Oprócz tego, że nie zapamiętałem jej nazwiska, to nie zwróciłem specjalnej uwagi. Tylko jedna rzecz była pewna, że to był pułkownik KGB. Jak potem zacząłem sobie przypominać to spotkanie, to przesłuchanie, to wyczytałem gdzieś, że w tym czasie we Lwowie było tylko dwóch pułkowników w KGB. On był jeden z nich, postawny, wysoki, przystojny facet. Na fotografii, którą widziałem w literaturze, w publikacji rozpoznałem go, że to rzeczywiście był on.

