A
A
A
search
other languages English Polski
Janusz Peczlewicz
AHM_INFO_UPRISING_CREDENTIALS
pseudonim
Year of birth
„Janusz”
1928
Military rank/Function
Bio
data wywiadu
starszy strzelec
-
2007-04-12

Military division

Batalion „Ruczaj”

District

Śródmieście

Nazywam się Janusz Peczlewicz, urodziłem się 27 kwietnia 1928 roku. W czasie Powstania byłem w Batalionie „Ruczaj”, pseudonim „Janusz”.

  • Jak pan wspomina okres przed wojną?

Przed wojną byłem szczeniakiem jeszcze, bo jak wojna wybuchła miałem dopiero jedenaście lat. Przed wojną tak się dziwnie złożyło, że mieszkałem w Poznaniu przez ostatnie trzy lata. W ogóle jestem warszawiakiem, ale mieszkałem w Poznaniu i tam należałem do gromady zuchów. Gromadę zuchów – to jest bardzo istotne w moim życiorysie – prowadził niejaki Przemek Górecki, czyli późniejszy „Pantera”, bardzo znana postać z poczty polowej i w ogóle z przedpowstaniowego i powstaniowego okresu.

  • Czy pamięta pan jakieś epizody z patriotycznego wychowania zuchów w tamtym okresie?

Całe nasze wychowanie było bardzo patriotyczne. Na tym to polegało. Przecież wpajana nam była miłość do ojczyzny, wspomnienia różnych powstań. Mieliśmy w szkole powszechnej przy gimnazjum świetlicę harcerską i tam były różnego rodzaju pamiątki i wspomnienia. Poza tym przyrzeczenie harcerskie, cykl historii patriotycznych i literatura wczesna – też pod tym kątem cały czas nastawiana. Tak że trudno się dziwić, że jak wybuchła wojna, to logicznym odruchem było działanie konspiracyjne. Przez pierwsze dwa lata mnie to mijało…

  • Chciałem zadać pytanie o 1939 rok, o wrzesień. Jak pan pamięta wybuch wojny, wkroczenie Niemców, pierwszy kontakt z Niemcami? Jak pan to zapamiętał jako jedenastoletnie dziecko?

W momencie wybuchu wojny już nie w Poznaniu, a znajdowałem się pod Warszawą na wakacjach u dziadków. W związku z tym, że wojna się zbliżała wielkimi krokami, rodzice zdecydowali, że do szkoły na 1 września nie wrócę. Nie wrócimy, tylko zostaniemy w Klembowie pod Warszawą, żeby przeczekać, co się będzie działo. Jakie będą dalsze losy wszystkiego.1 września, wiadomo. Pierwsze samoloty, jakie zobaczyłem, to były sztukasy, które nadlatywały nad linię kolejową Warszawa – Białystok. W odległości niecałego kilometra od linii kolejowej to się znajdowało. Leciało to wszystko i schowałem się pod krzakami porzeczek. To było bardzo bezpieczne schronienie… Wtedy jeszcze Niemców nie zobaczyłem. Natomiast mój ojciec wymyślił bardzo mądrze, że trzeba wędrować na wschód. Zresztą zgodnie z tym, co pułkownik Umiastowski mówił, bo na pewno gdzieś na Bugu będzie się organizowała linia obrony, być może, że ojciec dostanie powołanie, przydział. Z kolei nas z mamą chciał mojej mamy [przyjaciel] w Łucku zainstalować. Z tym, że daleko żeśmy nie doszli, bo gdzieś do Siedlec raptem. Na linii Siedlce – Łuków już był front. Myśmy się w piwnicach chowali, chłopskich ziemiankach. Było bardzo fajnie, bo obok nas działo stało, więc z jednej strony myśmy walili, z drugiej strony do nas walili. Jakoś żeśmy to przeżyli. Wtedy zobaczyłem pierwszych Niemców. Nic szczególnego poza tym, że byli w innych mundurach niż nasi. Przecież to był Wermacht, pierwsza linia. Nie mieli większego, przykrego kontaktu z ludnością cywilną. Jak zostaliśmy „ogarnięci”, wróciliśmy do Klembowa i tam żeśmy posiedzieli do momentu, kiedy zorientowaliśmy się, że można do Warszawy wracać. Ponieważ moi dziadkowie mieszkali w Warszawie, wróciliśmy do dziadków. Zamieszkaliśmy na Żurawiej 13 mieszkania 5. Tam mieszkałem do końca okupacji… to znaczy do wybuchu Powstania.

  • Proszę teraz opowiedzieć, jak się potoczyły pańskie losy podczas okupacji. Kiedy pan trafił do konspiracji, kiedy miał pan pierwsze kontakty z Armią Krajową czy jeszcze Związkiem Walki Zbrojnej?

W 1942 roku znalazłem się w prywatnej szkole pani Świeżyńskiej-Słojewskiej na Marszałkowskiej 31. Dzisiaj nie ma śladu po tym budynku, bo to jest róg Marszałkowskiej i Trasy Łazienkowskiej. Ponieważ jest poszerzenie tego fragmentu, więc dom już nie został. Szkoła działała jako Zasadnicza Szkoła Zawodowa Handlowa nr 3 w Warszawie. Tak się to nazywało. Dowcip polegał na tym, że każdy uczeń musiał być jednocześnie fikcyjnie zatrudniony. Każdy uczeń musiał teoretycznie trzy dni być w pracy i trzy dni być w szkole. Byliśmy nauczeni, że gdyby ktoś nas zapytał, dlaczego jesteśmy w szkole a nie w pracy (bo myśmy byli sześć dni w tygodniu w szkole, pod przykrywką tej szkoły było normalne gimnazjum), [odpowiadamy]: „Bo to akurat jest jeden z tych trzech dni, kiedy powinniśmy być w szkole.” Tak to się toczyło do czerwca 1944 roku. Z tym że w 1942 roku, jak się znalazłem w tej szkole, trafiłem do działającej czy organizującej się wtedy organizacji harcerskiej Szarych Szeregów. Nie wiem, czy to już się nazywało Szare Szeregi, czy jeszcze nie, w każdym razie zostałem zaprzysiężony i zorganizowaliśmy się w drużynie. Były podziały i byłem w najmłodszej grupie – „Zawiszy”. Najpierw byłem zwyczajnym szeregowcem, potem stałem się zastępowym zastępu „Lisów” bodajże. Moim zastępowym był Witek Wardyński, pseudonim „Witur”. Żeśmy sobie działali, chodziliśmy na ćwiczenia, wycieczki, biwaki gdzieś na linii Otwockiej. To była duża głupota…
AHM_PAGE_PREV  1 2 3 4 5 6 7 8 9  AHM_PAGE_NEXT
close