A
A
A
szukaj
wersje językowe Polski English
BIP
Jan Bogdan Gliński
w czasie powstania
pseudonim
rocznik
„Gbur”, „Doktór Jan”
1915
stopień
powstańczy biogram
data wywiadu
lekarz
-
2006-05-22

formacja

„Gurt”

dzielnica

Śródmieście Południowe
Jan Bogdan Gliński. Jestem lekarzem ze specjalizacją chorób płuc. Urodziłem się w grudniu 1915 roku w Wiedniu. W 1942 roku wstąpiłem do organizacji „Unia”, która wkrótce potem przeszła do AK i znalazłem się w 3. kompanii zgrupowania AK „Gurt”. Pseudonim miałem „Gbur” i „Doktór Jan”.

  • Zacznijmy od wczesnych czasów – gdzie się pan wychował i z jakiej rodziny pan pochodził?

Moi rodzice byli lekarzami, przez pięćdziesiąt kilka lat działający i zawodowo, i społecznie w Opatowie Kieleckim, i tam się wychowywałem do czasów gimnazjalnych, gdzie poszedłem do innej szkoły, nie opatowskiej. Kończyłem Gimnazjum imienia Sułkowskich w Rydzynie koło Leszna Wielkopolskiego, w 1944 roku maturę tam zrobiłem i zaraz potem wstąpiłem na Uniwersytet imienia Józefa Piłsudskiego w Warszawie. Tutaj studiowałem medycynę. W czasie studiów sporo działałem też w Kole Medyków. Jak wyglądały studia w czasie okupacji?
Skończyłem studia w 1939 roku, więc później już tylko egzaminy zdawałem, a ponieważ we wrześniu 1939 roku dostałem się do niewoli pod Kockiem, w grupie generała Kleeberga i [byłem] wywieziony do obozu jenieckiego koło Magdeburga, ale jako sanitariusz i zwolnili sanitariuszy, cały wielki transport i mnie też. W lutym 1940 roku wróciłem i mogłem przystąpić do zdawania egzaminów, których miałem do zdania wtedy jeszcze siedemnaście. Taki był system studiów medycznych, że tylko kilka egzaminów można było na początku studiów zdawać, a reszta wszystko po skończeniu, po uzyskaniu tak zwanego absolutorium.

  • Jak odbywało się zdawanie egzaminów?

Początkowo Niemcy pozwolili zdawać i to były normalne egzaminy, tak jak i przed wojną, tyle że w bardzo przyspieszonym tempie. Do 3 maja. 3 maja zabronili dalszego zdawania. Od 3 maja pozostały mi jeszcze cztery egzaminy do zdawania, to zdawałem już na tajnych egzaminach u tych samych wszystkich profesorów. Ale to było różnie. Profesor Roman Nitsch, bakteriolog, był ciężko chory i egzaminował mnie samego jednego tylko, jak leżał w łóżku. W ten sposób zdałem do końca wszystkie egzaminy, tak że w początku sierpnia 1941 roku już miałem ukończone [studia] i z tą datą mam dyplom lekarski. Czy te egzaminy odbywały się w domach u profesorów?
Na ogół w domach u profesorów, tak, bardzo różnie. Profesor Czeczewicz bardzo lubił, żeby było wielu obecnych w czasie egzaminowania, całe audytorium wielkie i jego asystenci, i studenci i inni, tak bardziej pokazowo. Profesor Franciszek Czubalski lubił, żeby przyjść na czarno ubranym, a panie w ciemnych sukniach długich, elegancko żeby to wszystko było. Oczywiście, te wymagania były przed wojną, a w czasie wojny to nie było tak wymagane.

  • A z czego się pan utrzymywał w czasie okupacji?

Moi rodzice mnie utrzymywali na początku i w czasie studiów, a jak skończyłem, dyplom jak dostałem, to jeszcze rok był stażu obowiązkowego w klinikach warszawskich i od 1 grudnia 1943 roku już dostałem etat w szpitalu Świętego Stanisława (Szpital Zakaźny na Woli w Warszawie) i tam do Powstania pracowałem.

  • I jeszcze przed Powstaniem założył pan rodzinę, tak?

Tak, w przeddzień uzyskania etatu w szpitalu pobraliśmy się.

  • Kiedy urodziło się panu dziecko?

W marcu 1944 roku pierwsza córka Zosia.

  • Gdzie państwo wtedy mieszkali?

Wynajęliśmy wtedy u znajomych dwa pokoje u pani doktor Idalii Korsak (wspaniały pediatra warszawski) i u niej mieszkaliśmy do Powstania, na ulicy Śliskiej 18 mieszkania 7, na trzecim piętrze.

  • Wiedział pan, że przygotowywane jest Powstanie?

Oczywiście. Na początku 1942 roku wstąpiłem do konspiracji, szkoliłem sanitariuszki w pomocy medycznej.

  • Gdzie te szkolenia się odbywały?

W różnych domach, w prywatnych mieszkaniach.

  • Ile osób uczestniczyło w szkoleniu?

Sześć, dziesięć, dwanaście, różnie to bywało.

  • Jak pan teraz wspomina te szkolenia?

I [podczas] szkoleń, i potem już jako lekarz w Szpitalu Zakaźnym szkoliłem studentów, którzy studiowali na tajnym Uniwersytecie Warszawskim czy Uniwersytecie Ziem Zachodnich, czy w szkole Zaorskiego. Miałem etat w Zakładzie Anatomii Patologicznej przy doktorze Aleksandrze Pluszczyńskim, który po wojnie został profesorem w Łodzi. Tam przychodziły całe grupy na pokazy sekcyjne, ćwiczenia i zajęcia i tam właśnie najpierw przy doktorze, a potem, jak kilka dobrych miesięcy chorował, to ja w ogóle prowadziłem zajęcia ze studentami. Niektórych jeszcze po wojnie spotkałem, jeden już profesor dawno, już jest też na emeryturze, ale z mojej grupy, która przychodziła na zajęcia.

  • Czy pana działalność konspiracyjna to właśnie były te szkolenia, czy coś jeszcze innego?

Tylko szkolenia.

  • Jak to się odbywało?

Bardzo różnie, jak się udało mieszkanie zdobyć i potem zawiadomić wszystkich zainteresowanych, żeby na dany dzień i godzinę przyszli tam z podaniem hasła.

  • Czy były momenty niebezpieczeństwa, że Niemcy się dowiedzą?

To zawsze było możliwe i bywało. Mnie to nie spotkało na szczęście, ale szereg takich osób – i studentów, i wykładowców– zostało aresztowanych [na przykład profesor Kopeć (urolog) wraz z synem].

  • Czy z pana bezpośredniego środowiska były osoby, które zostały aresztowane za prowadzenie takiej działalności?

Raczej nie. Była taka sytuacja, jak mieszkaliśmy na ulicy Śliskiej, kiedy w czerwcu 1944 roku, a więc wkrótce przed Powstaniem, o czwartej rano gestapo weszło do naszego mieszkania, „bo tu są Żydzi”. Rzeczywiście pani doktór Idalia Korsak przechowywała Żydówkę, ale ona parę dni wcześniej wyniosła się. U niej mieszkał też wojewoda Józewski, też późniejszy działacz akowski. Tak, że konspiracja była, ale na ogół nikt o tym wzajemnie się nie informował. Nie bardzo wiedziałem, gdzie żona w konspiracji jest, a żona nie wiedziała, gdzie ja. To samo moja siostra.

  • Gdy wybuchło Powstanie, jakie miał pan wyznaczone zadanie?

Przedtem szef kompanii Łukasik, pseudonim „Groźny”, odwiedzał nas od czasu do czasu w mieszkaniu i pytał, czy chcę [być] [w Powstaniu] w szpitalu, czy na punkcie sanitarnym. Mówię: punkt sanitarny jest bardziej narażony na bezpośrednią walkę, to wybieram punkt sanitarny. Dostałem przydział, jeszcze nie wiedziałem, gdzie, ale w końcu w ostatnich dniach lipca dostałem zawiadomienie, że mam się stawić u „Doktór Barbary” na ulicy Wspólnej, na punkcie kontaktowym. To był jej pseudonim, pani doktór Zofia Bratkowska, potem Szklarska. Była moją bezpośrednią przełożoną i przydzielała na punkty. Mnie przydzieliła na punkt sanitarny Nowogrodzka 34, który kto inny zorganizował, ja nie organizowałem tego, tylko miałem podany adres, a potem czekaliśmy na zawiadomienie o godzinie „W”. Pierwsza mobilizacja była odwołana. Niestety, bo ona troszkę uspokoiła Niemców, pozwoliła im wywieźć część swoich rodzin innych i potem już było mniejsze zaskoczenie dla nich, jak była ta druga, prawdziwa godzina „W”.

  • Jak pan zapamiętał ten moment?

Byłem wtedy w szpitalu w pracy w szpitalu Świętego Stanisława. Wcześniej kończyła się nasza robota. Dojeżdżałem na oddział gruźlicy doktora Jana Stopczyka, późniejszego profesora, który mieścił się w Szpitalu Dzieciątka Jezus. Łączniczka przyszła o dwunastej w południe, podając mi godzinę „W”, że o szesnastej mam się tam zgłosić na Nowogrodzką, ale to już wiedziałem. Przyszedłem wcześniej. Dopiero wtedy poznałem personel, kilkanaście sanitariuszek i jedna tylko pielęgniarka. I jak tam byliśmy, zaczęła się strzelanina. Nie bardzo dokładnie o godzinie piątej, tylko trochę wcześniej słychać było [strzały]. To był lokal po jakiejś spółdzielni dentystycznej chyba, w podwórzu, na parterze tego budynku.  
< str. poprzednia  1 2 3  str. następna >
close