A
A
A
search
other languages English Polski
Hanna Krzywicka
AHM_INFO_UPRISING_CREDENTIALS
pseudonim
Year of birth
Koczalska
„Oskarówna”
1927
Military rank/Function
Bio
data wywiadu
-
2008-11-25

AHM_INFO_FUNCTION

cywil

Military division

Szare Szeregi

District

Powiśle
Nazywam się Hanna Krzywicka, z domu Koczalska. Urodziłam się 25 września 1927 roku.

  • Co pani robiła przed wybuchem drugiej wojny światowej?

Przed wybuchem drugiej wojny światowej mieszkaliśmy pierwotnie z rodzicami na kolonii Grottgera. Po tym, jak dziadek zbankrutował, był kryzys ekonomiczny, musieliśmy się przenieść do mieszkania mieszczącego się na skraju Warszawy, właśnie na kolonii Grottgera. Teraz to jest ulica Grottgera. To był koniec Warszawy, dalej były łąki.

  • Gdzie pani mieszkała wcześniej?

Wcześniej dziadek miał fabrykę na ulicy Dobrej, nie pamiętam numeru. W każdym razie na rogu Karowej i Dobrej. Był duży dom, tam mieszkał mój dziadek, moi rodzice i ja jako małe dziecko. Naprzeciw była fabryka. W tej chwili pozostał z niej tylko budynek administracyjny.

  • Co było produkowane w tej fabryce?

Nie był to tartak, ale coś związanego z drewnem, wyroby drewniane.

  • Jak nazywał się pani dziadek?

Ksawery Koczalski.

  • Jaki wpływ na pani wychowanie wywarła rodzina?

Największy wpływ na moje wychowanie wywarł ojciec, który był dla mnie absolutnym autorytetem. Nawet w okresie, kiedy go zabrakło, moje postępowanie zawsze konfrontowałam z tym, co on by na to powiedział, jak on by na to zareagował. Był dla mnie absolutnym autorytetem.

  • Gdzie chodziła pani do szkoły?

Jak dziadek i rodzina zbankrutowali, mieszkaliśmy na Pradze na ulicy Kamiennej. Nie chodziłam wtedy jeszcze do szkoły, tylko uczyłam się w domu – pierwszą klasę robiłam w domu. Do drugiej klasy poszłam do szkoły Rzeszotarskich, która mieściła się właśnie na Pradze, zapomniałam, na jakiej ulicy. Szkoła przetrwała aż do Powstania.

  • Czy duży wpływa na pani wychowanie wywarła nauka w szkole?

Byłam tam tylko w drugiej kasie, bo później przenieśliśmy się do Warszawy na ulicę Dobrą. Wtedy zaczęłam chodzić do szkoły Tymińskiej, która mieściła się na rogu placu Małachowskiego i Traugutta. Tam zaczęłam chodzić. Po Powstaniu robiłam maturę w szkole u Rzeszotarskiej.

  • Jak zapamiętała pani wybuch wojny?

Był piękny, wrześniowy dzień. Było cudowne niebo i nagle nad Warszawą zaczęły lecieć samoloty. Myśmy nie bardzo sobie zdawały sprawę tego, co się dzieje. Dopiero w radio usłyszałyśmy, że jest początek wojny. Bombardowanie Warszawy było pierwszym momentem, gdzie dowiedziałam się, że jest wojna.

  • Pamięta pani, jakie były reakcje ludności na wybuch wojny?

Trudno powiedzieć, bo wtedy byłam jeszcze nie bardzo ukształtowanym człowiekiem. To było dziwnie, bo siostra ojca była żoną oficera, który miał przydziały stale gdzie indziej. Tuż przed wojną spędziłyśmy wakacje w Czortkowie, to było nad Seretem. Dużą część czasu spędziliśmy w Zaleszczykach. […] Tuż przed wojną, prawie w ostatnim momencie, prawie że ostatnim pociągiem wróciliśmy ze Lwowa do Warszawy. Do tej pory pamiętam, jak jechałam w pociągu z jakimś kaktusem w ręku, bo akurat ten kwiatuszek chciałam mieć ze sobą. Tak że wróciliśmy w ostatnim momencie.

  • Czym zajmowała się pani w czasie okupacji jeszcze przed wybuchem Powstania Warszawskiego?

Chodziłam do szkoły. Uczyłam się, byłam w szkle u Tymińskiej. Przed wojną szkoła mieściła się na ulicy Traugutta. Jak tylko wybuchła wojna, to budynek był zniszczony i na krótki okres czasu przeniesiono szkołę do centrum, blisko domu Jabłkowskich. Potem już na stałe była na rogu Królewskiej i Marszałkowskiej.

  • Czym zajmowała się pani rodzina? Co było w tym czasie źródłem utrzymania pani rodziny?

Mój ojciec pracował w Bibliotece Polskiej. To było wydawnictwo, które mieściło się na Nowym Świecie. Mama była żoną przy mężu. Tak wtedy wyglądały nasze, powiedzmy, układy.

  • Kiedy pierwszy raz zetknęła się pani z konspiracją?

Mój ojciec należał do konspiracji. Dokumenty, które mam, wskazują na jego ogromny udział […]. Andrzej Kunert opisuje dzieje ojca. Wtedy właśnie zetknęłam się z działalnością [konspiracyjną]. Ojciec działał i mam jakieś jego ordery z tego okresu.

  • Czy w pani domu czytało się prasę podziemną?

Naturalnie.

  • Czy należała pani do harcerstwa?

Tak. W momencie kiedy aresztowano ojca, mama przez pewien okres czasu bardzo krótko mnie trzymała, bo się bała, żeby nie nastąpił w rodzinie kolejny dramat. Ale pod pewnymi pretekstami wychodziłam z domu na spotkania „Szarych Szeregów”. Nie odbierałam telefonu, [udawałam], że jest zepsuty i wychodziłam.

  • Kiedy pani trafiła do „Szarych Szeregów”?

To był chyba 1943 rok, po aresztowaniu ojca.

  • Pod jakim zarzutem aresztowano pani ojca?

Pracy w konspiracji. Najpierw był na Pawiaku, później wywieziony na Majdanek. Tam zorganizował ucieczkę całej grupy z Majdanka. Sam nie zdążył, zakatowano go i zginał na Majdanku w 1943 roku.

  • Gdzie zastał panią wybuch Powstania Warszawskiego?

Wybuch Powstania zastał mnie w wypożyczalni książek na ulicy Lipowej.

  • Wiedziała pani wcześniej, że Powstanie wybuchnie o siedemnastej?

Nie, tego nie wiedziałam. To była dość skomplikowana sprawa. Po aresztowaniu ojca zgłosiłam się do aktywnej pracy w konspiracji. Wysłano mnie na opracowanie szpitala wojskowego, który mieścił się na Woli – w tej chwili jest tam szpital zakaźny. To była straszliwa historia. Mianowicie chciano mnie wprowadzić w arkana przeprowadzania takich wywiadów. Prowadziła mnie wtedy, pamiętam do tej pory, dwa lata ode mnie starsza koleżanka Lena. Trafiłyśmy do wartowni w tym szpitalu. W wartowni Lena zaczęła rozmawiać z Niemcami. Potraktowali nas za kobiety lekkich obyczajów. To był okres, kiedy byłyśmy pod ogromnym wpływem księdza… wydaje mi się, że to był Zieja – nazwisko jest znane. Ksiądz nas ustawiał w ten sposób, że postanowiłyśmy, iż pocałujemy się dopiero z narzeczonym. Byłyśmy bardzo przykładnymi dziewczynami, a ci Niemcy do nas z łapami. Pamiętam, że stanęłam wtedy w rogu wartowni z zamiarem uderzenia Niemca, jeśli [podejdzie] do mnie z łapami. Lena się zorientowała, że jestem zaskoczona takim przebiegiem sprawy i jakoś odciągnęła ode mnie Niemców. Tak się zdarzyło, że wymknęłam się na teren szpitala tuż za wartownią. Usiadłam na ławeczce i tam siedział Ślązak. Już nie musiałam używać języka niemieckiego.
Wysłano mnie na tę robotę ze względu na to, że dość dobrze znałam język niemiecki pomimo tego, że byłam młoda. Ojciec mówił, że trzeba się uczyć języka wroga. Mogłam się z Niemcami porozumieć. Ze Ślązakiem nie musiałam rozmawiać po niemiecku, [mówiłam] po polsku. On się najprawdopodobniej zorientował, bo wypytywałam o szczegóły; jakie są transporty, ilu rannych przywożą – wszystko mi mówił. Jak skończyłam z nim wywiad, mrugnęłam na Lenę. W międzyczasie ona ukradła jakieś niemieckie dokumenty i żeśmy stamtąd wyszły. Wtedy powiedziałam, że mogę nosić broń, mogę robić dużo różnych rzeczy, ale więcej na taki wywiad nie pójdę. Nie nadaję się do tego rodzaju działalności. Przez jakiś czas nie miałam przydziału i wybuchło Powstanie.

  • Zastało panią w wypożyczalni książek. Wróciła pani do domu?

Tak. Miałam trudności, dlatego że to była wypożyczalnia na rogu Lipowej i Dobrej. Po przekątnej na rogu Dobrej i Lipowej było moje mieszkanie. Obstrzał był ze strony uniwersytetu wzdłuż ulicy Lipowej. Pomimo że był to początek Powstania, przejście było już dużym zagrożeniem. Jakoś udało mi się przejść tę ulicę, przebiegłam ją. Dalszy ciąg Powstania spędziłam w domu. To była dość skomplikowana sprawa. Chciałam zwiać z domu, żeby dołączyć do mojej grupy. Niestety niefortunnie stanęłam na brzegu psiego tapczanu. Odwrócił się i rama tapczanu uderzyła mnie w kręgosłup. Z przetrąconym kręgosłupem zniesiono mnie do piwnicy i resztę Powstania spędziłam, leżąc na piwnicznym barłogu. Na początku września (wydaje mi się, że 7 września, bo 8 września były imieniny mamy) przybiegli ludzie i powiedzieli, że Niemcy już właśnie do nas podchodzą i zabijają wszystkich, którzy leżą. Wtedy zwlekłam się jakoś z tego posłania.
Nic nie mogłam jeść, w ogóle miałam duże trudności z poruszaniem się. Mama nałożyła na mnie dużą ilość ubrań i przeszłyśmy wykopami wzdłuż ulic, piwnicami przeszłyśmy do ulicy Tamki. Wylądowałyśmy u sióstr, chyba to był 7 września. Tam jest dość dziwny układ terenu. Weszłyśmy od Tamki, później tam jest uskok terenu. Jakoś wylądowałyśmy na górnej części i były tam robione wykopy, w których mieścili się powstańcy. Noc spędziłyśmy w tym wykopie. Z tym że to było po przekątnej; siedziała moja ciotka, siedziałam ja i siedziała moja mama z zapaleniem okostnej. Nad ranem zrobił się szum w zaroślach koło okopu. Ciocia podniosła się, żeby wyjrzeć i Niemiec strzelił jej w głowę. Osunęła się. Mama chciała wyjść, odepchnęłam ją i wyskoczyłam. Naprzeciw nas stało pod drzewem trzech Niemców. Jeden z wymierzonym karabinem i prawdopodobnie on strzelał.
Zorientowali się, że to nie są powstańcy, tylko ludność cywilna, i już do mnie dalej nie strzelali. Pamiętam, że byłam zupełnie nieopanowana. Na jednego Niemca prawie że się rzuciłam. Myślałam, że ciotka jest tylko ranna, wobec tego Niemcowi kazałam zaprowadzić mnie do szpitala. Wiedziałam, że za każdym krzakiem może być Niemiec i będzie strzelał, dlatego temu Niemcowi kazałam ze mną iść. To było dziwne, że byłam wtedy bardzo zdecydowana. Doszliśmy do szpitala, który był na górze. W jakimś sensie szpital był już ewakuowany z budynku, tylko na noszach leżeli chorzy ludzie, postrzeleni powstańcy. Było dwóch sanitariuszy, poszli z noszami i zabrali ciocię. Szłam koło ciotki, a koło mnie szedł Niemiec. Do tej pory zapamiętałam dziwną sytuację, bo to nie był gestapowiec, tylko niemiecki żołnierz. Rozmawiał ze mną w [normalny] sposób, że to jest okropność wojny, że to niestety jest skutek okropności wojny – jakby się z tego po prostu tłumaczył.
Doszliśmy z noszami do miejsca, gdzie byli lekarze, ale rokowania były [beznadziejne]. Powiedzieli, że to już jest ciotki agonia. Były tam też oddziały „ukraińców”, którzy wiadomo, jaką mieli w tamtym okresie służbę i jak byli groźni. Wtedy mama to kazała mi zaplatać warkoczyki, że jestem dziecko, to kazała rozplatać, żebyśmy mogły iść razem, bo rozdzielali rodziny. Zostałyśmy razem zaprowadzone na tyły Muzeum Narodowego, gdzie była zgromadzona ludność z okolicy. Później prowadzili nas Wybrzeżem Kościuszkowskim do ulicy… Tamki. Szliśmy w górę i doprowadzili nas do Dworca Zachodniego. Wsadzili nas w pociąg i zawieźli do Pruszkowa.

  • Jakie warunki panowały w piwnicy, w której pani przebywała?

Leżałam na barłogu, trudno nazwać to łóżkiem. Miałam problemy z kręgosłupem, wobec tego tylko leżałam.

  • Czy mama cały czas z panią przebywała?

Tak.

  • Czy pamięta pani innych ludzi, którzy przebywali w piwnicy?

To było tak, że na podwórzu byli też powstańcy. Ludność cywilna nie zawsze zachowywała się w stosunku do nich fair. Były kobiety, które miały za złe, że mają zagrożenie życia z powodu powstańców. To były zupełnie sporadyczne przypadki. W każdym razie raczej się wszyscy solidaryzowali z powstańcami.

  • Czy pamięta pani, jak wyglądała sprawa zaopatrzenia w wodę, w żywność?

To było na granicy głodu. W czasie okupacji ludzie przywykli do tego, że gromadzili jakieś zapasy, żeby można było przeżyć momenty awaryjne. Mieliśmy więc jakieś zapasy. To była ulica Dobra, a na Wybrzeżu Kościuszkowskim ludzie porobili sobie ogródki działkowe i uprawiali pomidory i inne rzeczy. Pamiętam dokładnie, jaką cenę miał czy pomidor, czy coś z tych działek. Płaciło się biżuterią.
AHM_PAGE_PREV  1 2  AHM_PAGE_NEXT
close